poniedziałek, 28 listopada 2011

Pieczony łosoś na śródziemnomorskiej sałacie.



Zabieram się do pisania jak pies do jeża, bo najzwyczajniej w świecie padam na pysk. Szybkie obiady, wieczorowo – nocną porą, lekkie, ale pełnowartościowe, do tego śniadania w biegu, stres i gonitwa. Kto by pomyślał, że i mnie to spotka. Niecierpliwie czekam wyjazdu na święta, ale w tym roku niestety nie mam ani chwili żeby zabrać się choćby za maleńkie przygotowania bożonarodzeniowe, typu pierniczki, czy prezenty ręcznie robione. A szkoda.

Obiad ekspresowy, w stylu „samo się zrobi, a Ty idź weź prysznic', ale bardzo smaczny i sycący:


Pieczony łosoś na śródziemnomorskiej sałacie.


4 filety łososia ze skórą

4 plasterki niesolonego masła

4 grube plastry cytryny

zioła prowansalskie

sól


sałata:

½ główki sałaty lodowej

2 czerwone papryki

biała cebula

ogórek sałatkowy

2-3 łodygi selera naciowego

garść zielonych i czarnych oliwek


dressing:

¼ szklanki oliwy z pierwszego tłoczenia (możliwie jak najlepszej)

2 ząbki czosnku

sok i skórka z połowy cytryny

łyżka wody mineralnej



Na blachę do pieczenia wykładamy papier, układamy na nim łososia skórą do dołu, obsypujemy solą i ziołami prowansalskimi, a na wierzch kładziemy po plasterku masła i pieczemy w 200 stopniach przez około 20 minut (w zależności od tego jak grube są kawałki ryby, moje były takie na nieco ponad 5cm). W tym czasie bierzemy prysznic, przebieramy się w dres, czy inne wygodne i ciepłe ubranie i zabieramy się do umycia warzyw. Wszystkie składniki kroimy, ale nie za drobno (no bo komu się chce) i mieszamy z dressingiem (który też powstaje po wymieszaniu wszystkiego razem). Nakładamy sporą ilość na talerz, na to układamy upieczonego łososia, a sama rybę skrapiamy sokiem z grubego plasterka cytryny. Voilla!

P.S. Mimo wszystko jestem bardzo szczęśliwa.

wtorek, 1 listopada 2011

Halloween jak się patrzy i proba okiełznania dyni... dosłownie.

Nadejszła wielkopomna chwila, kiedy to odważyłam się spróbować dyni. Wśród wielu propozycji od moich znajomych postanowiłam spróbować jej w zupie serowo-dyniowej, bo raz, że składniki proste, dwa, że przygotowanie nieskomplikowane. Postanowiłam zacząć od dobrej podstawy, aromatycznego rosołu (i jak się później okazało uratowało to mój obiad) no i ochoczo zabrałam się do rozpracowywania tych śmiesznych, pomarańczowych warzyw. Efekt końcowy był jaki był, Tomaszyna zadowolona, ale nie wniebowzięta, a ja... no cóż, uprzejmie acz z wielkim niesmakiem donoszę, że dyni nie znoszę. Owszem jedynie w zupie jak dotychczas. Mam zamiar dać jej szansę w słodkich wypiekach, może w chlebie też, gdyż nie należę do osób, które łatwo się poddają... w kuchni. Aby zobaczyć przepis odsyłam do oryginału u Olgi Smile, u mnie tylko kilka Halloweenowych dzieł rąk własnych.


zupa dyniowo-serowa (zapomniałam dodać, że użyłam do niej dyni piżmowej - tej w kształcie gruszki) i jack o'lantern, który nas wprowadzał w "creepy mood' :)
no i mój Zombie Boy, który po raz pierwszy w życiu musiał przekonać się jaką ciężką sztuką jest robienie makijażu :)



P.S. Dobra rada Cioci Oli: jeśli macie dłuuugi weekend i nie jesteście już studentami, nie spędzajcie go jak studenci... zdrowie nie te, a rano w lustrze będziecie oglądać takie Halloween, jak ja dzisiaj (nie mówiąc już o odgrywaniu scen z "Egzorcysty")...

środa, 19 października 2011

Zupa Kurczakowa!

Czy Wy mnie jeszcze pamiętacie?

Dużo się działo, między innymi kolejna przeprowadzka (tym razem, mam nadzieję, że na dłużej), zmiana pracy i inne bzdety, przez które a to nie było czasu, a to ochoty czy pomysłu na blog. Jednak teraz, te kilka dni bezrobocia w sferze zawodowej zaowocowały pracą w sferze kuchennej. Dużo miałam pisać dzisiaj o ostatnio poruszających mnie kwestiach, ale gdy spojrzałam na nie z góry, z pewnym dystansem, wydały mi się być przysłowiowym „pyłem na wietrze”. Możliwe, że jest to spowodowane dotykającym mnie z każdej strony jesiennym chłodem, przez który większość swojej energii poświęcam na kombinowanie „jak tu się ogrzać?” i któremu zawdzięczam dzisiejszy, wysoce rozgrzewający obiad.

I tu o obiedzie słów kilka: zdałam sobie sprawę z tego, że prezentuję na blogu głównie przepisy na dania dość konkretne, głównie obiadowe i sycące. Postanowiłam więc poszukać powodu, dla którego głównie takiej treści są moje wpisy i voilla! Obiad to jedyny posiłek, przy którym mam czas poeksperymentować i któremu mogę poświęcić sporo czasu. Wymyślne śniadania (i tu zaliczam chociażby jajecznicę, na którą potrzeba około 5 minut) są nie dla mnie, ponieważ każda minuta dłużej w łóżku pod ciepłą kołderką jest dla mnie, jako nieskrywanego śpiocha, na wagę złota. Kolacje ze względu na obecny tryb życia rzadko kiedy mają swoje miejsce w moim dziennym menu. Ciast piec nie umiem... no może drożdżówki, jak bym nie wymieszała, tak się zawsze udadzą, ale fale dunaju, torciki szwarcwaldzkie (które kocham niezmiernie), karpatki itd. itp. wychodzą mi z mniejszym lub większym skutkiem. Poza tym nie chce mi się, nad czym ubolewam, ale zmienić tego nie potrafię. Może w wolne dni, w przypływie chwili... Dlatego też całe moje kulinarne wyżywanie się dokonuje się na obiadach. A że jestem związana z kawałem chłopa, toteż ten kawał chłopa nakarmić muszę porządnie, stąd brak u mnie sałateczek z kilku listków z pomidorkiem, które niewątpliwie dostarczają doznań smakowych przeogromnie, ale brzucha mego mężczyzny (i w tajemnicy powiem, że mojego brzucha też nie koniecznie) no niestety, ale nie nasycą. Taka już ze mnie zła kobieta.

Muszę też nadmienić, że im dłużej pozostaję na emigracji, tym bardziej brakuje mi domowych posiłków, przygotowywanych według receptur mojej Mamy, toteż Tomaszowy tygodniowy urlop w Polsce spożytkowałam prosząc Mamę o kilka typowo domowych produktów, jak chociażby pyszne wędzone kiełbasy, przetarte maliny, jabłka z naszego ogródka – fenomenalne malinówki – czy nasze ogródkowe, obłędnie pachnące pomidory, które trzymam w szufladzie aby powoli dojrzewały. A że moja Mama to kobieta zdecydowanie nie bojąca się wyzwań (pozdrawiam Cię Mamo!), Tomasz przywiózł skarby ledwo mieszczące się w samochodzie – suszone grzyby, kiszone i konserwowe ogórki, patisonki w zalewie octowej, słoiczki przetartych malin, kompoty z brzoskwin, słoneczniki pękające w szwach od ziaren, pigwy... i wiele wiele więcej. Niby w dobie wysoce rozwiniętego handlu zagranicznego nic nie powinno mi tu brakować, ale dziwnie dobrze mi z wiedzą jaką drogę przebyły moje pomidory, a już na pewno lepiej mi z ich smakiem (no nie czarujmy się, w ogóle ze smakiem – te kupne z zamkniętymi oczami można pomylić z ogórkiem...).

No i do czego zmierzam, w tęsknocie za domowym jedzeniem, myślę, zrobię zupę. Zimno, że psa nie wygonić, chleba ci nam dostatek, to akurat do zagryzania będzie, a i przydałoby się coś jednogarnkowego, żebym miała więcej czasu na leżenie i pachnięcie. Najlepiej na dwa dni. Pierwsze co przeszło mi przez myśl to flaki – pamiętam, że Tato ekspresowo zjawiał się na obiad jak tylko słyszał tą magiczną nazwę. I pomysł choć genialny, stłumił się w zarodku, gdyż z Łasuszyną flaków, jako kosmatych kawałków wołowych żołądków pływających w zupie nie ruszymy. W zasadzie ja jeszcze byłabym w stanie zapomnieć ich pochodzenie, jednak mój francuski piesek już nie odpuściłby tak łatwo. Zatem uruchomiwszy wyobraźnię popełniłam mały fjużyn i oto jest!

ZUPA KURCZAKOWA (tak, wiem,że nazwa powala swą oryginalnością...), pysznie rozgrzewająca, gęsta od szatkowanych warzyw i aromatyczna od kminku oraz majeranku, a w dodatku teraz w zasięgu Waszych garnków:


1 kurczak (około 1,5kg, ja odcięłam naszemu nogi i zamroziłam, bo były ogromne, a nie potrzeba aż tyle mięsa)

½ dużego korzenia selera

4 spore pietruszki

4 marchewki

½ białej części pora (można dać więcej, ale nie upierałabym się)

kilka ziaren ziela angielskiego (ja dałam jakieś 5-6)

kilka listków laurowych (ja dałam 3)

łyżka stołowa utartego w moździerzu kminku

2-3 łyżki suszonego majeranku

wędzona papryka w proszku

2 ząbki czosnku

łyżka mąki pszennej


Kurczaka wsadzam do dużego gara i zalewam zimną wodą, dodaję listki laurowe i ziele angielskie i doprowadzam do wrzenia. W tym czasie obieram warzywa, szatkuję na tarce o grubych oczkach, pora kroje na pół i w poprzek w cieniutkie paseczki. Gdy woda z kurczakiem się zagotuje, zdejmuję na chwilkę z ognia, sitkiem albo łyżką pozbywam się tej brzydkiej piany na wierzchu i dodaję poszatkowane warzywa. Mieszam i wstawiam na średni ogień. Po około godzinie, półtorej, dodaję kminek, majeranek, posiekany drobno czosnek i dość sporo wędzonej papryki w proszku – fenomenalna przyprawa swoją drogą. Na suchej patelni rumienię mąkę, mieszam ją w moździerzu czy tam miseczce (ja dostałam nowy moździerz, toteż nadużywam go ochoczo) z odrobiną zupy, rozcieram grudki i siup! do garnka z zupą. Solę i pieprzę do smaku (trochę soli tu potrzeba, aż się zdziwiłam) i czekam aż sobie zabulgocze ze dwa razy, po czym wyłączam. Pachnie świetnie, a z kromką dobrego, chrupiącego chleba smakuje, nie chwaląc się, bosko!

niedziela, 24 lipca 2011

Jagnięcina po krakowsku.







Od kiedy moja miłość do jedzenia osiągnęła spory rozmiar, obiecałam sobie, że w miarę możliwości i odwagi postaram się spróbować więcej niż pozwalały mi na to wcześniejsze ograniczenia. Teraz gdy znajduję się w wiecznie zielonej krainie, słynącej z najlepszego piwa na świecie, staram się spełniać swoje postanowienie. Wynikiem dostępności produktów i być może bardziej otwartego smaku powstał dzisiejszy pomysł na jagnięcinę po krakowsku. Niech Was nie zmyli nazwa – z Krakowem ma ona tyle wspólnego, co nic, jednakże sposób jej przygotowania jest mocno wzorowany na przygotowaniu maczanki po krakowsku, stąd zapożyczenie, za które mam nadzieję krakowscy puryści się nie obrażą. Musze jeszcze powiedzieć, że choć było to moje pierwsze podejście do jagnięciny, na pewno na tym nie poprzestanę, bo smak tego mięsa bardzo przypadł mi do gustu.

Jagnięcina po krakowsku:
400g polędwicy jagnięcej (u mnie już w plastrach)
½ kg białej cebuli
2 drobniutko posiekane ząbki czosnku
250g pieczarek
2 łyżki stołowe ostrej papryki w proszku
4 łyżki stołowe kminku
½ l przegotowanej wody
łyżka oleju
sól
pieprz

Na patelni rozgrzałam olej dosłownie do czerwoności. Plastry jagnięciny (grube na około 2cm) oprószyłam solą i pieprzem i smażyłam z obu stron po 30 sekund na każdą, następnie ułożyłam je w naczyniu żaroodpornym. Cebulę i pieczarki pokroiłam niedbale w plasterki i wyłożyłam na ułożone w naczyniu mięso, po czym dodałam czosnek, paprykę i kminek. Wstawiłam do piekarnika nagrzanego na 200 stopni i piekłam pod przykryciem przez godzinę. Po tym czasie dodałam wodę, zdjęłam pokrywkę i piekłam przez kolejne półtorej godziny, aż mięso było delikatne i rozpływające się w ustach. Podałam z młodymi ziemniakami gotowanymi na parze oraz surówką z buraczków, na którą przepis podaję poniżej.

Surówka z marynowanych buraczków:
1 opakowanie buraczków w zalewie (ok. 500g)
po ćwiartce czerwonej, zielonej i żółtej papryki
100g kukurydzy z puszki
1 żółta cebula
1 kwaśne jabłko
sól
pieprz

Buraczki i jabłko starłam na tarce o grubych oczkach, dodałam kukurydzę, posiekaną cebulę i paprykę i doprawiłam solą oraz pieprzem. Ponieważ uzbierało mi się dużo soku z buraczków w misce, a chciałam uzyskać gęstą konsystencję, najzwyczajniej go wylałam, chociaż Wy możecie znaleźć mu jakieś pożyteczne zastosowanie.














A to mój obecny dom, Killarney wieczorową porą:
ładnie, prawda? :)

czwartek, 30 czerwca 2011

Burritos i instrukcja jedzenia truskawek.

Na samym wstępie przepraszam Was najmocniej jak tylko potrafię, że nie odwiedzam Waszych blogów przez ostatni czas. Na swoje usprawiedliwienie podam, że najzwyczajniej w świecie nie mam na to czasu – kończę pisać pracę licencjacką, oprócz tego muszę dokończyć pewien projekt, a termin powoli łapie mnie za kołnierz, wyprowadzam się i szykuję wyjazd do Irlandii, proszę więc o to, abyście nie gniewali się na mnie i jednocześnie obiecuję, że gdy tylko ustabilizuje mi się grunt pod nogami natychmiast nadrobię zaległości.
Na szczęście w natłoku zdarzeń musimy znaleźć czas na jedzenie, co za tym idzie na gotowanie, więc mam w zanadrzu kilka przepisów, którymi postaram się z Wami niedługo podzielić, ale dziś oprócz tego chciałabym jeszcze podzielić się zdjęciami z ogródka moich rodziców, w którym to odbywał się mini festiwal jedzenia owoców sezonowych, i z którego pragnę przekazać Wam instrukcję jedzenia truskawek ;) Przy okazji zapraszam serdecznie na burritos z mielonym indykiem i pastą z czerwonej fasoli :)

Porcja na 6 burritos:

250g mielonego mięsa z indyka

½ puszki kukurydzy

1 puszka czerwonej fasoli

1 czerwona papryka

2 cebule

5 ząbków czosnku

po solidnej łyżeczce mielonego chili, mielonej wędzonej papryki, bazylii, oregano, pieprzu oraz soli

6 placków tortilli

Mięso podsmażamy w głębokiej patelni i dodajemy pokrojoną drobno cebulę, paprykę oraz kukurydzę z puszki. Fasolę i połowę płynu z puszki miksujemy wraz z przyprawami i ząbkami czosnku, po czym zalewamy mięso powstałą miksturą. Dusimy przez 15-20 minut, podsmażamy tortille na suchej patelni, nadziewamy je gotowym mięsem i zwijamy jak krokiety. Mało pracy, a ile radości :)



Instrukcja jedzenia truskawek

Krok 1: dorwać czerwoną truskawkę, możliwie jak największą, Krok 2: włożyć ją do buzi w miarę możliwości w całości,
Krok 3: można asekurować się starszą siostrą,
Krok 4: zrobić słodką minkę i wciąż powtarzać "Ale jakie truskawki? ja zjadłam? ja nieee..." oraz cieszyć się pełnym brzuchem i umorusaną buzią.

wtorek, 31 maja 2011

Faszerowane baklażany i maślane boczniaki.




Jeśli określenie „żar się leje z nieba” odbierać dosłownie, to pasuje do dzisiejszego dnia jak ulał. I nie chodzi mi bynajmniej o wybuch wulkanu nad głową, czy sąsiadów z piętra wyżej rzucających niedopałki przez balkon, lecz o promienie słońca, które wydają się kapać mi na skórę i wypalać w niej maleńkie, niewidoczne, acz bolesne kropki. Nie mam więc najmniejszej ochoty wychodzić w to gorące miasto, szyderczo witające mnie spalinami wypełniającymi gorący zaduch. Jedno co mnie cieszy to fakt, że moją chęć skrywania się w chłodnym domu usprawiedliwia zapalenie ucha i bolący jak jasna cholera brzuch. Mogę sobie bezkarnie cierpieć w przyjemnym chłodzie.
No, ale jeść coś trzeba. Pozostaje tylko pytanie, co da się przełknąć w taki upał? Odpadają wszelkiego rodzaju mięsa, gorące zupy i zapychające potrawki. Chłodnik? Nie, to nie to. Sałatka? Na sałatkę Łasuch ma genialną odmowę – „Nie, bo ostatnio jak jedliśmy sałatkę, to było za dużo pomidorków koktajlowych i one były takie kwaśne, że mi się tak kwaśno zrobiło w brzuchu, że już przez jakiś czas nie chcę jeść, bo się zakwasiłem”. Nie pogadasz. Przechadzaliśmy się tak po sklepie, pomiędzy skrzynkami z warzywami i owocami, aż trafiliśmy na tackę ładnych boczniaków, które stały się w ostateczności dodatkiem do warzywnej wariacji, na którą mam przyjemność Was zaprosić.



Faszerowane bakłażany:

1 duży bakłażan

1 cebula

3 ząbki czosnku

1,5 papryki (u mnie pomarańczowa, ale weźcie tą, którą lubicie)

3 pomidory

2 młode marchewki

½ szklanki soku pomidorowego

łyżeczka ziół prowansalskich

łyżeczka suszonej bazylii

łyżeczka zmielonego chilli

Bakłażana przekroiłam na pół i każdą połówkę wydrążyłam, nie naruszając skórki, a miąższ ułożyłam na durszlaku i posoliłam, aby wyciągnąć zeń goryczkę. Gdy bakłażan puścił sok przepłukałam go ciepłą wodą i pokroiłam w drobną kostkę. To samo zrobiłam z obranymi pomidorami, marchewką, cebulą i papryką. Wszystkie warzywa włożyłam do garnka z grubym dnem, dodałam czosnek oraz przyprawy i dusiłam jakieś 10 minut. Wyłożyłam je do wydrążonych połówek bakłażana, ułożyłam w naczyniu do zapiekania i do nagrzanego piekarnika, aż skórki zmiękły, jakieś kolejne 10 minut.



Maślane boczniaki:

1 duża łyżka masła

2 łyżki oliwy

250 g opłukanych boczniaków

Masło rozpuściłam z olejem na dużej patelni, gdy zaczęło skwierczeć wrzuciłam na nie boczniaki i smażyłam aż stały się lekko brązowe. Dzięki temu były miękkie w środku i chrupiące na brzegach.

Bakłażany i boczniaki zjedliśmy z odrobiną młodych ziemniaczków, które delikatnie skropiliśmy sobie tłuszczem ze smażenia grzybów. Orzeźwiający i bardzo sycący kompromis pomiędzy sałatką a „zjedzmy coś konkretnego”.

czwartek, 26 maja 2011

Szalone mielone.

„Mama to miękkie ręce. Mama to melodyjny głos, to chuchanie na uderzone miejsce. Mama to samo dobro i sama przyjemność. Coś, co dobrze jest mieć w każdej chwili życia koło siebie, dookoła siebie, gdzieś na horyzoncie”.

(Melchior Wańkowicz „Ziele na kraterze”)




W moim życiu pojawiają się coraz to intensywniejsze zmiany. Nie wiem tylko czy będę w stanie im sprostać. Dajmy na to studia – praktycznie je skończyłam (teoretycznie jeszcze kilka dni) i co teraz? Siedzieć na dupie i płakać. Odrobinę szaleństwa, naiwności i beztroski trzeba mi!
Nawet obiad miał być zabawny a wyszedł naburmuszony i snobistyczny. Klątwa jakaś…


Szalone mielone (co wcale szalone nie okazały się):

250g mielonego indyka

1 jajko

½ szklanki zmielonych płatków kukurydzianych albo bułki tartej

1 łyżeczka czerwonej pasty curry

szczypta cynamonu

1 łyżeczka soli

ziarenko anyżu

kilka ziarenek kardamonu

½ łyżeczki nasion kolendry

½ cebuli

4 ząbki czosnku

½ łyżeczki świeżo zmielonego kolorowego pieprzu

6 patyczków do szaszłyków

Mięso zmieszałam z jajkiem, płatkami kukurydzianymi, cynamonem, solą, pieprzem i utartymi ziarenkami kardamonu, kolendry i anyżu. Dodałam łyżeczkę pasty curry i zblendowaną cebulę z czosnkiem. Uformowałam sześć w miarę podobnych sobie wałeczków i nabiłam je na patyczki do szaszłyków. Wstawiłam do lodówki na pół godziny. Po tym czasie wyjęłam i smażyłam na gorącym tłuszczu z każdej strony tak, aby uzyskały brązowy chrupiący kolor. Zjedliśmy je z pieczonymi ziemniakami i pomidorem z czosnkową śmietaną. No i tak jakoś, zwyczajnie…

wtorek, 17 maja 2011

Chleb na zakwasie. Mój pierwszy.



Zamknij oczy i wyobraź to sobie. Poranek majowy, który zachęca Cię do wstania piejącymi kogutami. Rześkie, chłodne powietrze budzące Twoje nozdrza, by po chwili mogły poczuć tęczę woni mokrej od rosy trawy, stokrotek i zielonych liści jabłoni. Wyobraź sobie, że stąpasz boso po chłodnych kamykach a poranny wietrzyk delikatnie dmucha w Twoje włosy układając je w właściwą tylko Tobie harmonię, gdy
ptasie radio treli Ci do ucha niezrozumiałym świergotem. Stół nakryty zapowiadającą słońce mgiełką z pachnącym bochenkiem w kolorze orzechów. Staromodny znak, praktykowany z dziada pradziada i obiecujący dźwięk chrupiącej skórki, na której w oka mgnieniu rozpływa się masło. Wyobraź to sobie. Otwórz oczy. Ugryź.

Oryginalna receptura autorstwa Olcika, dostępna na blogu http://galeriachleba.blogspot.com/. Z braku mąki orkiszowej u mnie zubożona (choć, nie chwaląc się, pyszna) wersja pszenna. Z masłem i szczypiorkiem, albo i bez. Pamiętacie jak pisałam o smakach Beskidu Niskiego? Ten zdecydowanie mnie tam przeniósł.

Za Autorką:

- 210 g aktywnego zakwasu żytniego (dokarmionego 12 h wcześniej)

- 300 g mąki pszennej białej

- 100 g mąki orkiszowej (dałam kolejne 100g pszennej)

- 20 g oliwy lub oleju

- 8 g soli

- 6 gram świeżych drożdży


Zakwas wymieszałam z wodą i dodałam przesianą mąkę wraz z resztą składników. Ciasto zagniatałam dobre pół godziny, bo świetnie się przy tym marzy i rozmyśla,
a przy okazji powinno by mięciutkie. Naoliwiłam miskę i włożyłam doń ciasto na dwie godziny (nastawiłam budzik…). Ładnie wyrosło, ale należało mi je odgazować, co też zrobiłam. Jako, że nie posiadam koszyka rozrostowego włożyłam je do durszlaka wyłożonego mocno omączoną ściereczką i tak zostawiłam na godzinę. Rozgrzałam relikt PRLu, czytaj – nasz piekarnik, wraz z blachą, przeznaczoną do pieczenia chleba. Wyłożyłam na gorącą blachę i nastawiłam budziki – jeden na 10 minut, aby wstawić kostki lodu dla chrupiącej skórki, drugi na 20 minut, by dołożyć naczynko z wodą, a trzeci na 40 minut jako przypomnienie, że czas wyciągnąć chleb. Jednak po 40 minutach jego kolor mnie nie zadawalał, więc piekłam go jeszcze 20 minut i to było moim zdaniem dobre posunięcie. Zresztą – sprawdźcie sami, ja idę ukroić sobie kolejną kromkę.