Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cytryna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cytryna. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 września 2014

Początek przygody: zapach Korfu i Souvlaki

widok z okna przy naszym ulubionym stoliku
    Temu, że Korfu jest kobietą nie da się zaprzeczyć. Gdy tylko postawi się stopę na korfijskiej ziemi, w twarz uderza ciepło, a nozdrza wypełnia perfumiany, subtelny zapach, zupełnie jakby wpadało się w objęcia długowłosej bogini piękna. Ale czy Kerkira, jako zwykła nimfa, była w stanie uwieść samego boga mórz? Co sprawiło, że to przez jej ramiona Odyseusz nareszcie odkleił się od klątwy długoletniej podróży i trafił do domu?
   Kiedy przyjechałam na Korfu, wyspę przez miejscowych zwaną Kerkirą – od imienia nimfy, kochanki Posejdona, której według legendy poświęcona jest wyspa – poczułam się jakby z moich stóp wyrastały korzenie. Podróżowałam po wielu krajach, byłam w wielu pięknych miejscach, nawet mieszkam w jednym z najpiękniejszych zakątków ziemi, jednak ta dzika, ale zarazem okiełznana wyspa sprawiła, że od pierwszego oddechu całe moje ciało mówiło mi „jesteśmy w domu”. Roztaczające się gaje oliwne, wszechobecne cytrusy i dosłownie wszędzie rosnące zioła i opuncje sprawiają, że wyspa wydaję się być rogiem obfitości, nieskończonym darem natury dla człowieka. Po głębszych obserwacjach zauważyłam, że w zasadzie na każdym kroku rośnie coś nie tylko jadalnego, ale i sycącego, pełnego smaku, wartości odżywczych, coś, co zapewnia nie wyłącznie przeżycie, ale i ucztę każdego dnia. I to wszystko na wyciągnięcie ręki.
   Bujna roślinność i niesamowita wydajność roślin jest zasługą padającego tu częściej, niż w pozostałej części Grecji, deszczu. Próżno szukać tu biało-niebieskich domów, spietrzonych na skałach. Zamiast tego są ukryte w gajach oliwnych chatki, kamienno-drewniane miasteczka wyrastające ze szczytów wzgórz i wszechobecna zieleń wymieszana z czystym, błękitnym morzem.
Także Grecy są tutaj jakby inni. Poprzez brytyjskie i wenecjańskie wpływy, Korfu jest bardziej zeuropeizowane, niż reszta kraju, wyraźnie naznaczona przez lata tureckich najazdów. Grecy na Korfu co prawda specjalizują się w różnych rodzajach siedzenia, picia kawy i życia bez najmniejszego pośpiechu, jednak temperament i akcent mają bardziej włoski. Jednakowo grecka duma jest w nich tak wielka, jak wszędzie – doskonałym przykładem jest przepis na idealną rybę, który otrzymałam w jednej restauracji, i o którym opowiem Wam innym razem.
    Zatrzymaliśmy się w Agios Georgios South, malowniczym, ale i spokojnym zakątku południowej części wyspy, w fantastycznym hotelu Bruskos, którego atmosfera wprowadzana przez właścicieli jest naprawdę godna polecenia. W samym miasteczku aż roi się od restauracji, głównie z tradycyjną grecką kuchnią, ale znaleźliśmy też lokale przystosowane do brytyjskiego podniebienia (wszechobecne full english breakfast), albo takie, które w zasadzie same nie wiedziały co sobą reprezentują (chilli con carne, tarte tatin, burgery, shepherd's pie i kiełbasa z grilla tuż obok gyro w picie). Jako że nasze wakacje miały polegać głównie na jedzeniu, leżeniu, kąpaniu się w morzu i zwiedzaniu nie chcieliśmy marnować czasu i żołądków na coś, co możemy dostać wszędzie. Pozstawiliśmy oczywiście na tradycyjną grecką/korfijską kuchnię i następnym razem zrobimy to samo. Pierwszą restauracją, do której dotarliśmy była Panorama, jednak to nie o niej chcę Wam dzisiaj opowiedzieć.
otwarte cały dzień (i całą noc!), codziennie.
   Dwie minuty leniwego spaceru od naszego hotelu znajdowała się niepozorna, mało nowoczesna taverna Kafesas. Mijaliśmy ją przez pierwsze trzy dni i uważam, że o trzy dni za długo. Mimo, że jest schowana w najdalszej części głównego deptaka i w porze lunchu raczej tu pusto, to wieczorami najlepiej jest zarezerwować sobie stolik. Przychodzi tu dużo lokalnych ludzi, a wieczorami grupy skuterów i quadów przemierzają drogę nawet z Argirades, bzycząc przy tym jak stado szerszeni, po to tylko, żeby zjeść i wypić w Taverna Kafesas. To znaczy, że warto.

Souvlaki w Tavernie Kafesas
 Przystawkę, nauczeni doświadczeniem, zamawialśmy jedną na nas dwoje. Do tego chrupiący, obowiązkowy chleb z oliwą i dzbanek domowego wina na początek. I muszę powiedzieć, że sam start był wyborny, jednak gdy przynoszono nam główne danie zaczynałą się „ommm” i „ammm” wraz z przewracaniem oczami z zachwytu. Jednym z tradycyjnych dań kuchni greckiej, które tam spróbowaliśmy były Souvlaki – grubo krojona wieprzowina, długo marynowana w ziołach i soku z cytryny, nadziewana na metalowe, płaskie szpadki i pieczona na węglu drzewnym. No i zakochaliśmy się. Po powrocie do domu kupiliśmy nawet potrzebne szpadki i jako jedno z pierwszych odtworzeń smaków wakacji, na warsztat trafiły właśnie Souvlaki. Skorzystałam z gotowej mieszanki przypraw, kupionej w lokalnym sklepie, jednak jej skład jest bardzo prosty, a przepis podaję poniżej.

nasze dzieło!
Souvlaki:
1kg karkówki wieprzowej
sok z 1 cytryny
płaska łyżka soli
2-3 cebule
2-3 dojrzałe pomidory, lub garść pomidorków koktajlowych
2 dojrzałe papryki
5 łyżek oliwy z oliwek z pierwszego tłoczenia

1 łyżka nasion kolendry
2 łyżki suszonego oregano (greckie oregano różni się od tego dostępnego w naszych sklepach, jest zazwyczaj zbierane dziko rosnące, suszone wraz z kwiatami, dlatego jego aromat jest bardziej wyrazisty, choć lżejszy od naszego odpowiednika)
2 łyżki suszonego tymianku

   Karkówkę kroimy w grube kawałki, dobrze żeby były takiej samej wielkości. To samo dotyczy pomidorów, papryki i cebuli – da nam to nie tylko łądniejszy wygląd dania, ale i pozwoli wszystkim składnikom upiec się w tym samym czasie. Mięso solimy i odstawiamy na około 20 minut. Mieszamy kolendrę, lekko ją rozbijając (można w moździerzu, można tłuczkiem do mięsa albo łyżką) z oregano i tymiankiem. Dodajemy do mięsa, polewamy oliwą i sokiem z cytryny, następnie wyrabiamy przez chwilę dłonią tak, aby przyprawy pokryły dobrze każdy kawałek karkówki. Zostawiamy na co najmniej 2-3 godziny, a najlepiej na całą noc w lodówce.
Rozpalamy grilla i zabieramy się o nadziewania souvlaków. Na metalowe szpadki (jeżeli nie mamy metalowych możemy użyć drewnianych, ale wtedy moczymy je w zimnej wodzie przez pół godziny i zwiększamy czas grillowania o około 10 minut – metalowe szpadki nagrzewając się pieką mięso również od wewnątrz) nadziewamy po kolei: dwa kawałki mięsa, kawałek pomidora, cebuli i papryki, znów dwa kawałki mięsa i tak do końca. Dobrze, aby na samym końcu znajdowało się mięso. Pieczemy na grillu, często obracając, około 25 minut, w zależności jak grube kawałki mamy, można sprawdzić czy są gotowe zdejmując jeden kawałek mięsa – powinno być upieczone, ale pozostać soczyste w środku, a chrupiące na zewnątrz.
Souvlaki podaję się z frytkami lub pitą, koniecznie z kawałkiem cytryny do doprawienia. My zaserwowaliśmy je sobie z tzatzikami, frytkami i zimnym piwem. I dopóki nas zima nie zaskoczy regularnie będziemy je serwować :)
restauracja jest dwupiętrowa. tu wejście od plaży
meze możemy wybrać sobie sami.
widzimy także z jakich owoców i warzyw przygotowane będą nasze posiłki
rybacki wystrój zaprasza do spróbowania ryb z dzisiejszego połowu
  Jeżeli podobała Wam się pierwsza część mojej relacji z Korfu, już za kilka dni zapraszam na kolejną, wraz z kolejnym przepisem. Przepis na souvlaki pochodzi z moich własnych obserwacji i informacji otrzymanych od znajomej Greczynki. Dajcie znać jak Wam wyszło! :) 
 

wtorek, 22 lipca 2014

Tagine z kurczakiem i kiszonymi cytrynami.

  Jakkolwiek w Polsce upały, my na zielonej wyspie nie jesteśmy pobłogosławieni nawet promykiem słońca. Zimno na przemian z duchotą, burze na przemian z deszczem. Nie wiesz jak się ubrać, ale wiesz co chcesz zjeść. Coś ciepłego, rozgrzewającego i nawet nie przeszkadza Ci dłuższe stanie w kuchni. Tagine jest pod tym względem idealne, rozgrzewa, wypełnia dom pięknym zapachem i przenosi choć na chwilę do ciepłych krajów.
  Sposób, w który ja przyrządziłam to danie nieco różni się od tradycyjnego, marokańskiego przepisu. W oryginale używa się mięsa z kością i wszystko wkłada się do jednego garnka, bez uprzedniego podsmażania, ale ja nie chciałam bawić się z wyciąganiem kości przy jedzeniu, a jako że mięso bez kości może łatwo stać się za suche, postanowiłam podsmażyć je na mocno rozgrzanym oleju, aby zatrzymać wszystkie soki w środku.


czteryporysmaku.blogspot.com

Tagine z kurczakiem i kiszonymi cytrynami:
4 udka z kurczaka wyluzowane z kości i bez skóry
4 duże białe cebule obrane i pokrojone w piórka
1 pełna szklanka zielonych oliwek
2 kiszone cytryny - jedna drobno posiekana, druga pokrojona w ósemki
1 szklanka passaty
pęczek pietruszki lub kolendry

marynata:
1/2 łyżeczki zmielonych goździków
2 łyżki mielonego imbiru
1 łyżeczka świeżo startej gałki muszkatołowej
2 łyżeczki mielonego kminu rzymskiego
2 łyżeczki cynamonu
2 łyżki kurkumy
1-2 gwiazdki anyżu
1 łyżeczka sproszkowanych nasion kolendry
1 łyżka czarnego pieprzu
2 łyżeczki sproszkowanego chilli
1/4 szklanki oleju


czteryporysmaku.blogspot.com
  Kurczaka pokroić w dużą kostkę i przełożyć do szklanej miski. Wszystkie składniki marynaty zmieszać ze sobą, wylać na mięso i dobrze wymieszać. Odłożyć do lodówki na conajmniej godzinę, choć najlepiej na całą noc. Gdy mięso odpocznie i przejdzie marynatą, rozgrzać 1 łyżkę oleju na patelni, wrzucić mięso i szybko obsmażyć, ciągle mieszając. Kurczak nie musi się zezłocić, wystarczy że będzie obsmażony z każdej strony. Zdejmujemy go z patelni prosto do naczynia do tagine. Na tą samą patelnię wrzucamy pokrojoną w piórka cebulę i dusimy przez 2-3 minuty na wolnym ogniu, mieszając i wycierając nią resztki marynaty z patelni. Dorzucamy cebulę do mięsa, dodajemy oliwki (ja zostawiłam kilka do dekoracji), posiekaną cytrynę i passatę, następnie wszystko razem mieszamy. Oliwki i kiszone cytryny są wystarczająco słone, dlatego nie potrzeba nam dodatkowej soli. Przykrywamy i pieczemy w temperaturze 160stopni przez około 2 godziny. Po tym czasie wyjmujemy z pieca, na wierzch układamy pokrojoną w ósemki pozostałą cytrynę i oliwki do dekoracji, po czym przykrywamy na chwilę, aby cytryna się zagrzała i puściła aromat. Podajemy z ryżem, chlebem lub kaszą kuskus i posypujemy dużą ilością posiekanej pietruszki lub kolendry.
  Tagine jest też świetnym i efektownym daniem na przyjęcie, wystarczy podać je na stół w towarzystwie zimnego, gęstego jogurtu, chlebków naan i dużej ilości zimnego piwa lub wody z miodem i z cytryną, a małym nakładem pracy zapewnimy gościom marokańską ucztę.
czteryporysmaku.blogspot.com

piątek, 12 kwietnia 2013

Ciabatta ze stekiem w marynacie z oleju z pestek słonecznika. Zielony Nurt - moje odkrycie roku!

Jakiś czas temu dostałam propozycję od firmy Zielony Nurt aby spróbować i zrecenzować jeden z ich produktów. Jako, że firma zajmuje się naturalnym tłoczeniem olejów na zimno, ja – olejowa maniaczka – lepiej trafić nie mogłam. Naczekałam się sporo, ponieważ przesyłka trafiła najpierw do mojego domu rodzinnego, następnie dopiero w przedświątecznej paczce do mnie, a następnie najwięcej czasu zajęło mi kombinowanie w czym wykorzystam sprezentowany mi olej z pestek słonecznika. Nie zrozumcie mnie źle – myślenie nad aranżacją nie tyczyło się bynajmniej braku pomysłów, a wręcz przeciwnie, ich nadmiarowi. Do tego chciałam zapoczątkować moją przygodę z olejem z pestek słonecznika od  czegoś naprawdę szałowego. Ale najpierw kilka słów odnośnie oleju samego w sobie:

Czułość, z jaką tworzony i dystrybuowany jest produkt firmy Zielony Nurt zaskakuje od samego początku, zapakowany szczelnie w styropianowe pudełko, zabezpieczony jest w celu zapewnienia najlepszej jakości produktu, którzy otrzymujemy. Szczerze mówiąc, było to dla mnie bardzo istotne, ponieważ często zdarzało mi się kupować rzeczy w kruchych opakowaniach, które przychodziły uszkodzone lub niepożądanie wstrząśnięte. Ale to taki drobiazg, nie mniej cieszył.
Po otwarciu buteleczki możemy przenieść się na pole kwitnących,  pękatych słoneczników i prawie poczuć letnie słońce odbijające się od żółtych płatków. Zapach mnie zniewolił, nie jest zbyt intensywny, ale wyrazisty, co sprawia, że nie trzeba szczególnie martwić się o to, że olej mógłby zdominować smak potrawy, jak w przypadku np. oleju sezamowego. Oprócz zastosowania kulinarnego, olej z pestek słonecznika ma też zastosowanie upiększające – potwierdzam z całą pewnością, gdyż doskonale nawilżył mi spękane usta i podreperował wysuszone skórki przy paznokciach, użyty jedynie trzy razy w małej ilości :)
No i smak. Uwielbiam ziarna słonecznika, dodaję je często do sałatek, kanapek, zup, ale w niektórych sytuacjach ich chrupkość po prostu nie zdaje egzaminu, dlatego też delikatny pestkowy smak oleju uratował mój słonecznikowy szał i w końcu mogłam poszerzyć horyzonty kulinarnych zmagań.
Jako, że jestem szczęściarą i zazwyczaj spadam na cztery łapy, olej ten pojawił się również jako najlepszy i najnaturalniejszy sposób na mój niedobór cynku w organizmie, ponieważ poprzez tłoczenie na zimno  nie traci właściwości ziaren, z których powstaje. Jest też doskonałym wspomagaczem układu odpornościowego, a przy ostatnich temperaturach jest to dla  mnie jego bardzo istotna cecha.
Podsumowując – ogromny plus zarówno dla smaku, szerokiego wachlarza zastosowań, jak i właściwości. Zdecydowanie zaopatrzę się w niego gdy tylko się  skończy. Jedyny minus jaki w nim znalazłam to jedynie pół roku przydatności do spożycia – więc nie będę mogła kupić kilku butelek na zapas, ale to charakterystyczne dla olejów tłoczonych na zimno i w zestawieniu z jego zaletami, jest to jedynie kosmetyczny uszczerbek. W każdym razie zachęcam Was do spróbowania, poczytania więcej na ten temat na stronie producenta Zielony Nurt, oraz jak już zdecydujecie się go wykorzystać, do podzielenia się swoją opinią  na ten temat.

Dobrych wiadomości ciąg dalszy.
Eksperymentując z ostatnio coraz bardziej ukochaną mi wołowiną postanowiłam skonstruować przepis na to, co tygryski lubią najbardziej, czyli porządną kanapkę. Padło na pełnoziarnistą ciabattę, rukolę i stek z prawdziwego zdarzenia. Jedyne w czym zakręciłam to marynata do mięsa, w której stek wylądował nie przed, lecz po usmażeniu. Zdecydowanie jest to dla nas teraz obiad numer jeden pod względem szybkości, pożywności i przede wszystkim pyszności. Zapraszam! :)




Ciabatta ze stekiem w marynacie z oleju z pestek słonecznika:


3-4 pełnoziarniste ciabatty

garść rukoli na każdą bułkę

ok. 500g stek grubości około 2cm

sól morska

pieprz tłuczony





 Marynata:

50ml oleju z pestek słonecznika tłoczonego na zimno

łyżka soku z cytryny
posiekana mała szalotka

posiekana czerwona papryczka chilli

ząbek czosnku drobno posiekany

garść liści kolendry

 
 
Ciabatty podgrzałam aby stały się chrupiące z zewnątrz i miękkie w środku. Stek wyjęłam pół godziny wcześniej, aby nabrał temperatury pokojowej, natarłam solą, pieprzem i oliwą z obu stron i ułożyłam na mocno rozgrzanej, nie przywierającej patelni. Smażyłam 6 minut, obracając go co minutę (możecie smażyć dłużej, lub krócej, w zależności jakie steki lubicie, my jemy wysmażone, ale miękkie), zdjęłam z patelni i dałam mu odpocząć na talerzu.
Pokroiłam drobno kolendrę, a pozostałe składniki marynaty wymieszałam ze sobą w osobnej miseczce. Gdy stek puścił soki natarłam go solidną porcją marynaty i obtoczyłam w posiekanej kolendrze. Przekrojone bułki nasączyłam sokiem ze steku i wypełniłam rukolą. Mięso pokroiłam w 0,5cm grubości plastry i układałam jako finalną wersję kanapek.
Zjedliśmy, ale nawet nie wiem kiedy, takie było dobre :)

Marynata.

mniam, mniam, mniam, mniam...


czwartek, 28 lutego 2013

Cytrynowiec.


Z biegiem czasu stwierdzam, że moje umiejętności w pieczeniu ciast potrafią się rozwijać. W ten oto sposób, gdy kilka miesięcy temu natrafiłam na cytrynowca na blogu Domowe Wypieki, marzyło mi się, by ktoś mi takiego przygotował. Całkiem niedawno natomiast nabrałam odwagi i zabrałam się za niego sama. Szczerze mówiąc popełniłam błąd… nie przygotowując go od razu! Fantastyczne, słodko-kwaśne ciasto na delikatnym biszkopcie z nasączonymi lukrem herbatnikami na wierzchu – czy może być lepiej? Jak dla mnie nie :) Przepis podaję za autorką z małymi zmianami (biszkopt zrobiłam ze swojego sprawdzonego przepisu):
 


Biszkopt:
  • 4 jajka
  • ¾ szklanki mąki pszennej
  • ¼ szklanki mąki ziemniaczanej
  • ¼ szklanki cukru
Poncz:
  • ½ szklanki wody
  • trochę soku z cytryny (ok. ćwiartka cytryny)
  • 1 łyżeczka cukru
Masa budyniowa:
  • 2 budynie śmietankowe bez cukru
  • ½ szklanki wyciśniętego soku z cytryny (potrzeba ok. 2,5- 3 cytryny)
  • 1 ½ szklanki wody
  • 1 szklanka cukru (200g)
  • 200g masła
Cytrynowa pianka:
  • 1 galaretka cytrynowa (u mnie 2)
  • 500ml słodkiej śmietany 30- 36%
  • 2 łyżki cukru pudru
Lukier:
  • sok z połowy cytryny
  • cukier puder
Dodatkowo:
  • ok. 140g herbatników (20 sztuk)

Aby zrobić biszkopt oddzieliłam żółtka od białek, białka ubiłam na sztywno, dodając na zmianę żółtka, cukier i przesiane mąki. Dno prostokątnej blaszki wyłożyłam papierem do pieczenia, boków nie smarowałam. Wylałam ciasto i piekłam w 160 stopniach przez 30 minut, po tym czasie wyłączyłam piekarnik, uchyliłam drzwiczki i pozostawiłam biszkopt do wystygnięcia.
Przygotowałam masę budyniową - sok z cytryny, szklankę wody i cukier zagotowałam. ½ szklanki wody wymieszałam dokładnie z budyniami. Dodałam do gotującej się wody, szybko mieszając. Chwilę gotowałam, aż masa zgęstnieje. Pozostawiłam do całkowitego ostygnięcia. Miękkie masło utarłam mikserem na puszystą masę. Dalej miksując dodałam stopniowo ostudzony budyń.
Następnie przygotowałam poncz. Wodę zmieszałam z sokiem z cytryny i cukrem. Zapomniałam nasączyć biszkopt ponczem, ale jeśli będziecie przygotowywać to ciasto to starajcie się tej kwestii nie pominąć. Na biszkopt wyłożyłam masę budyniową.
Przygotowałam cytrynową piankę. Galaretki rozpuściłam w 800ml gorącej wody. Pozostawiłam do ostygnięcia. Śmietankę ubiłam na sztywno. Pod koniec ubijania powinnam była dodać cukier puder ale użyłam słodzonych galaretek więc pominęłam ten krok, uważam z dobrym skutkiem. Kolejno, dalej miksując, dodałam stopniowo tężejącą galaretkę. Wyłożyłam na masę budyniową. Na sam wierzch ciasta ułożyłam herbatniki i polałam je gęstym lukrem z soku z cytryny i cukru pudru. Wstawiłam do lodówki i jakimś cudem udało mi się wyciągnąć całość dopiero na drugi dzień, choć nie obył się bez pojękiwań Łasucha nad uchem… :)
Muszę przyznać, że robiłam już to ciasto dwa razy i na pewno na tym nie poprzestanę, ponieważ jestem nim zachwycona, także gorąco polecam!



P.S. Wiem, że kawałek na zdjęciu nie najelegantszy, ale to była naprawdę końcówka ciasta... :]

wtorek, 17 lipca 2012

Szaszłyki z wołowiny.

Pogoda jest tak paskudna, że odliczam dni do wakacji w Polsce jak małe dziecko odlicza dni do urodzin. Ratujemy się z Łasuchem porządnymi, gorącymi i ostrymi daniami, dosładzamy sobie życie drożdżówką z rabarbarem, a widząc przebłyski słońca wypadamy z domu jak strzały w kierunku parku, gór, oceanu czy jezior. Kiedyś wydawało mi się, że pogoda nawet jeśli ma wpływ na człowieka, to niewielki i jest to raczej psychologiczna zagrywka ludzkiego nieokrzesanego umysłu, jednak teraz, tkwiąc w szarościach za oknem i z trudem odróżniając dzień od nocy jestem absolutnie pewna, że słońce jest nieodłącznym składnikiem dobrego samopoczucia.
W Irlandii zachwyca mnie przywiązanie do lokalnych produktów, ich łatwa dostępność i jakość. Fenomenalne jest dla mnie to, że mogę wybrać z której farmy, z którego ogrodu są produkty, jakie kładę na swój stół. Częściej też sięgam po różne rodzaje mięs, ryb czy owoców morza, które w Polsce omijałam szerokim łukiem, a to ze względu na cenę, a to ze względu na niewiadome pochodzenie. A szkoda, bo Polska jest krajem, który od wieków mógł się poszczycić wspaniałą żywnością, doskonałymi serami, mlekiem, wspaniałym drobiem czy dziczyzną – jednym słowem, jest się czym pochwalić i z czego korzystać. Tylko dziwnym trafem rodzime produkty znikają stłamszone przez te tańsze, modniejsze, zagraniczne.  Ech, Do kraju tego… tęsknię do domu.

Szaszłyki z wołowiny:
 
½ kg wołowiny bez kości (najlepiej troszkę tłustszej części)
2 gałązki rozmarynu
skórka i sok z cytryny
2 czerwone papryczki chilli
2-3 łyżki ziaren zielonego pieprzu
4 ząbki czosnku
½ szklanki oliwy z oliwek
sól

Wołowinę myjemy i kroimy w kostkę wielkości 2x2 cm, układamy w niewielkim naczyniu. Pozostałe składniki (za wyjątkiem soli) drobno siekamy i mieszamy ze sobą tworząc marynatę, którą zalewamy mięso. Całą miksturę szczelnie przykrywamy i wkładamy do lodówki na minimum 12 godzin. Tuż przed grillowaniem mięso solimy i nadziewamy na namoczone wcześniej w zimnej wodzie patyczki do szaszłyków. Grillujemy w zależności od upodobań – ja dostaję ataku paniki na widok krwistego mięsa, więc obsmażałam je po 6 minut z obydwu stron, co chwilę podlewając marynatą lekko rozcieńczoną wodą. Podałam z ryżem, ale doskonale sprawdzi się z pieczonymi ziemniaczkami, a nawet w bagietce z odrobiną ostrej musztardy.
 
Ach, ten zalotny rozmaryn na gałce ryżu...

Jeden ze sposobów na szarość - rysunek na murze obok Katedry N.M.P. w Killarney
Krowy rasy Angus pasące się w parku narodowym - najlepsza i najczęściej spotykana wołowina.
Pozory trzeba zachować - Łasuch (znany również jako Tomasz) udaje, że świeci słońce :)

środa, 20 czerwca 2012

Skrzydełka słodko-pikantne

Komputer dalej mi zdycha, więc muszę korzystać z pożyczonego, ale mam taki nawał zaległych przepisów, którymi koniecznie chcę się podzielić, że po prostu musiałam wygospodarować chwilę i użyć kilku kombinacji aby napisać chociaż dwa słowa. 


Często przygotowujemy z Łasuchem coś na wieczór z przyjaciółmi i rzadko kiedy wpadam na pomysł aby to tu zamieścić. No ale tym razem już się przypilnowałam i voilla! Przepis, który Wam dzisiaj zaprezentuję na tyle przypadł nam do gustu, że zdecydowanie powtórzymy go jeszcze w tym tygodniu, bo oboje byliśmy mocno zaskoczeni oryginalnym i uzależniającym smakiem tych skrzydełek.


Skrzydełka słodko-pikantne:
1kg skrzydełek z kurczaka
marynata:
4 łyżki sosu sojowego
4 łyżki syropu klonowego
½ łyżeczki sproszkowanego imbiru
1 płaska łyżka sproszkowanego chilli
1 łyżka oleju sezamowego
sok z połowy cytryny

Składniki marynaty dokładnie połączyć w dużej misce i włożyć do niej umyte skrzydełka, wymieszać, przykryć folią i włożyć do lodówki na minimum godzinę. Nagrzać piekarnik do 180 stopni i piec w nim skrzydełka, ciasno ułożone w naczyniu żaroodpornym przez 30-40 minut. Gotowe :)

My zjedliśmy z pieczonymi młodymi ziemniaczkami i cebulką, posypanymi suszonym cząbrem oraz z surówką z kapusty, ale w wersji imprezowej podajemy obok bagietki albo chleba i też jest pysznie.