Pokazywanie postów oznaczonych etykietą masło. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą masło. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Stek marynowany z masłem z pieczonego czosnku.

  Bardzo często marynuję stek przed smażeniem. Już kilka minut wystarczy, by kompletnie odmienić mięso, a odpowiednio dobrane dodatki sprawią, że całość prezentuje się naprawdę pysznie.
  Irlandzka wołowina dojrzewa co najmniej 21 dni przed sprzedażą, żaden rzeźnik nie sprzeda jej wcześniej - byłaby to największa zbrodnia i zamach na jego dobre imię. To i pochodzenie jej od krów rasy Angus, jednej z najlepszych ras mięsnych, sprawia, że wołowina jest na Zielonej Wyspie kulinarną dumą. U każdego rzeźnika wisi tabliczka z informacją, skąd pochodzi dzisiejsze mięso oraz podana jest data uboju, zazwyczaj odległość pastwiska od sklepu to tylko kilka kilometrów, jako że nacisk na lokalność wyznacza jakość producenta. Cała ta energia włożona w produkcję mięsa przekłada się na jego świetną jakość, steki smażą się błyskawicznie, nie tracą "wody", po usmażeniu są miękkie i soczyste, po prostu rozpływają się w ustach.


Stek marynowany z masłem z pieczonego czosnku:
4 steki wołowe, grubości około 1cm
1/2 szklanki oliwy z oliwek
1 łyżka soli morskiej gruboziarnistej
1/2 łyżeczki tłuczonego czarnego pieprzu
2 łyżeczki posiekanego rozmarynu
sok z ćwiartki limonki
1 papryczka chilli pokrojona w cieniutkie plasterki
szczypta cukru

masło z pieczonego czosnku:
3 ząbki czosnku
1/2 łyżeczki tłuczonego pieprzu
3 łyżki masła



  Wszystkie składniki marynaty wymieszać w misce, lub płaskim naczyniu i włożyć do niej steki na około 5 minut. Obrócić i marynować kolejne 5 minut. 
  Czosnek upiec w skorupkach do zmięknięcia (ja włożyłam go na 10 minut do piekarnika, w którym piekłam ziemniaki na 180 stopni). Wycisnąć z łupinek do moździerza, dodać pieprz i masło i utrzeć razem na gładką masę.
  Grill lub patelnię grillową mocno rozgrzać i smażyć mięso po 30 sekund z każdej strony. Zdjąć na talerz i pozostawić do odpoczęcia na minutę. Podawać z gotowaną słodką kukurydzą, pieczonymi ziemniakami i polać czosnkowym masłem.
  Naprawdę dobre!


wtorek, 24 lipca 2012

O plagiatach słow kilka i ciasto czeskie na osłodę.

Największym społecznym błędem komunizmu była wspólna własność. Choć to pozornie niewidoczne, poprzez pięćdziesiąt lat zatarły się w polskim społeczeństwie istotne cechy jak poczucie odpowiedzialności, własności i współzależności, miast tego doskonale wykształciły się obojętność oraz poczucie bezradności. Jednak najgorszym co mogło się z tego urodzić jest kompletnie zniekształcone i ubogie pojęcie kradzieży – przekonanie, że jeśli jest dostępne, to jest do wzięcia, przywłaszczenia, kompletnie nie kojarzone z niczym niemoralnym. I choć wiele ludzi wiodących dorosłe, samodzielne życie nie ma dziś już nic wspólnego z minionym ustrojem, wzorzec wykształcony i powielany przez lata, powszechne „olewatorstwo” i wybiórcza śpiączka sumienia odbija się jak stempel na czole społeczeństwa. Dlaczego o tym? Być może dlatego, że przepełnia mnie rozgoryczenie traktowaniem blogerów i ich własności intelektualnej, jakie można zobrazować ostatnio wydaną książką kucharską pewnej znanej już pani, całkowicie splagiatowaną kilku blogów kulinarnych, albo dzisiejszym moim znaleziskiem, którym jest zdjęcie z mojego bloga, z moim przepisem, niestety bez mojego podpisu… Powszechne przekonanie, że jeżeli coś jest w Internecie to jest publiczne, a jeżeli jest publiczne to jest wszystkich i ZA DARMO przyprawia mnie o mdłości i palpitacje serca. Jakże wiele wysiłku musi kosztować wklepanie do przypisów kilku adresów stron internetowych, napisanie kilku maili z prośbą o pozwolenie na wykorzystanie czyjegoś wytworu? Zapewniam, że w moim przypadku telefon czy email z zapytaniem o wykorzystanie mojego zdjęcia, tekstu, przepisu zajmuje mniej czasu i energii, niż przerabianie w programie do obróbki graficznej i ucinanie adresu źródłowego ze zdjęcia, mało tego, jeśli komuś ogromnie mocno zależy na czasie, jestem w stanie wyrazić zgodę  na pożyczenie mojego dzieła szybciej niż wklepuje się ctrl+c i ctrl+v.
Moja ukochana Ania Shirley mawiała, że „naśladownictwo jest największym wyrazem uznania”, jednakże naśladownictwo a kradzież, przedstawianie cudzej własności jako swojej, to niestety dwie różne rzeczy. Przykro mi niezmiernie moi Drodzy, że takie sytuacje mają miejsce, zdaję sobie jednak sprawę, że uniknąć się ich całkowicie w tak zdeprawowanym społeczeństwie nie da. Pozostaje mi jedynie życzyć Wam wszystkim stalowych nerwów, wytrwałości w dążeniu do respektowania Waszych praw autorskim, a tym, których nie dosięgły jeszcze macki plagiatorów – aby nigdy się do Was nie wyciągnęły. W ramach pocieszenia dla siebie i dla Was zapraszam na ciasto mojego dzieciństwa. Czeskie, jak czeski film wokół.

Ciasto czeskie:

ciasto: 3 szklanki mąki
¾ szklanki cukru
250g margaryny
2 łyżki miodu
1 jajko
10 łyżek mleka

Mąkę należy przesiać, dodać cukier, jajko, miód, mleko i posiekaną, bardzo zimną margarynę. Zagnieść z zwartą kulę, owinąć folią i schłodzić minimum 2 godziny w lodówce (ewentualnie pół godziny w zamrażalniku). Rozwałkować na dwie lub trzy blaszki (w zależności jak grube je chcemy) i piec każdą około 9 minut w 180 stopniach na złoty kolor.

masa: 75g kaszy manny
½ l mleka
kopiasta łyżka cukru waniliowego albo łyżeczka esencji waniliowej
6 sporych łyżek cukru
kostka masła

Połowę mleka zagrzać z cukrem i cukrem waniliowym, resztę rozrobić z kaszką. Do gorącego mleka dodać rozrobioną kaszkę i ciągle mieszać aż zgęstnieje. Dobrze schłodzić. Zimną, bardzo gęstą masę stopniowo dodawać do utartego masła i miksować kilka minut.

polewa kakaowa: ½ kostki masła
4 łyżki dobrego kakao
5 łyżek cukru
3-4 łyżki lodowatej wody

Masło rozpuścić na małym ogniu, dodać cukier, kakao i wodę i mieszać do rozpuszczenia.

dodatkowo: słoik powideł śliwkowych



Na blat ciasta wyłożyć po kolei: powidła, masę grysikową, kolejny blat ciasta. Na końcową warstwę ciasta wylać polewę kakaową. Ze względu na zawartość miodu w cieście, najlepiej jest je jeść dopiero drugiego dnia, kiedy składniki się dobrze „przegryzą”. Doskonałe do mocnej, ciemnej kawy.
Z maminego przepisu.


A o tym już niedługo...


środa, 28 marca 2012

Risotto ze szparagami i czosnkiem niedźwiedzim.



Nie wiem jak u Was, ale u mnie wiosna pełną gębą. W dodatku na każdej płaszczyźnie: w powietrzu, w sercu, w domu i w kuchni. Wygrzebaliśmy się spod zimowej pierzyny melancholii na dobre i zamiar mamy wrócić do niej dopiero za rok, zatem ciężkie grochówy i bigosy ustępują miejsca w naszej kuchni kolorowym i lekkim potrawom. Na przykład takim, jak to genialnie kremowe risotto ze szparagami. Wzbogaciłam je o niezłą garstkę czosnku niedźwiedziego, w którym absolutnie się zakochałam, i który to rozradował moje serce rosnąc połacią na naszej ścieżce spacerowej. Mam w planach nazbierać go ogromną ilość i wykorzystywać do kilku innych przepisów, część może zamrozić, w każdym razie odkryć to ziele w różnych odsłonach, bo absolutnie mnie uwiodło :)





Risotto ze szparagami i czosnkiem niedźwiedzim:
kopiasta szklanka ryżu arborio
cebula
pęczek zielonych szparagów
garść świeżych liści czosnku niedźwiedziego
szklanka wytrawnego białego wina
około 1 litr bulionu warzywnego*
2 łyżki oliwy z oliwek
świeżo starty parmezan
łyżka masła

Zaczęłam od szparagów: jako, że kupiłam już z odciętymi zdrewniałymi końcami, pokroiłam je tylko, główki odkładając do osobnej miseczki. Do garnka z grubym dnem wlałam oliwę i zeszkliłam na niej pokrojoną w drobną kostkę cebulę, dodałam dolne części szparagów i posiekany czosnek niedźwiedzi, zamieszałam i zostawiłam na kilka sekund (nie za długo, żeby szparagi i czosnek nie zszarzały, a cebula się nie zrumieniła) po czym wsypałam ryż. Chwilę przyprażyłam całość, często mieszając, a gdy zaczęło powoli przywierać wlałam wino. Kiedy ryż je wchłonął stopniowo dolewałam bulionu i na małym ogniu mieszałam co jakiś czas, zapobiegając przywarciu ryżu do dna (zajęło mi to jakieś 25-30 minut). Na około 2-3 minuty przed końcem gotowania wymieszałam wszystko z masłem, ułożyłam na ryżu główki szparagów i zostawiłam pod przykryciem na wyłączonym palniku. Gorące przełożyłam do miseczek, zapomniałam posypać startym parmezanem (ale Wy to zróbcie, na pewno będzie pyszne) i obłożyłam moim wyszukanym „garnię” :) czyli zblanszowanymi szparagami z każdej strony.
Jak dla mnie niebo w gębie :)

*Bulion warzywny robi się naprawdę szybko i bezproblemowo, możecie zrobić więcej i zamrozić sobie w litrowych pojemnikach po lodach (ja tak robię), albo zostawić na jutrzejszą bazę do zupy. Zresztą sam też jest spoko, jeśli macie ochotę na kubek bulionu w ramach przekąski. A robi się to tak:
2 pietruszki
1 spora marchew
3 gałązki selera naciowego
1 duża cebula
listek laurowy, ziele angielskie, pieprz w ziarnach i sól

Warzywa obrać, pokroić w plasterki, w moździerzu utłuc listek, ziele i pieprz, wymieszać z warzywami, zalać niecałymi dwoma litrami wody i gotować na małym ogniu półtorej godziny – wiadomo, że im dłużej tym lepiej, ale uwierzcie mi, że niczego po tym czasie mu nie brakuje. Na koniec solimy i voilla! Mamy taki fajny bulion, że hej!

poniedziałek, 28 listopada 2011

Pieczony łosoś na śródziemnomorskiej sałacie.



Zabieram się do pisania jak pies do jeża, bo najzwyczajniej w świecie padam na pysk. Szybkie obiady, wieczorowo – nocną porą, lekkie, ale pełnowartościowe, do tego śniadania w biegu, stres i gonitwa. Kto by pomyślał, że i mnie to spotka. Niecierpliwie czekam wyjazdu na święta, ale w tym roku niestety nie mam ani chwili żeby zabrać się choćby za maleńkie przygotowania bożonarodzeniowe, typu pierniczki, czy prezenty ręcznie robione. A szkoda.

Obiad ekspresowy, w stylu „samo się zrobi, a Ty idź weź prysznic', ale bardzo smaczny i sycący:


Pieczony łosoś na śródziemnomorskiej sałacie.


4 filety łososia ze skórą

4 plasterki niesolonego masła

4 grube plastry cytryny

zioła prowansalskie

sól


sałata:

½ główki sałaty lodowej

2 czerwone papryki

biała cebula

ogórek sałatkowy

2-3 łodygi selera naciowego

garść zielonych i czarnych oliwek


dressing:

¼ szklanki oliwy z pierwszego tłoczenia (możliwie jak najlepszej)

2 ząbki czosnku

sok i skórka z połowy cytryny

łyżka wody mineralnej



Na blachę do pieczenia wykładamy papier, układamy na nim łososia skórą do dołu, obsypujemy solą i ziołami prowansalskimi, a na wierzch kładziemy po plasterku masła i pieczemy w 200 stopniach przez około 20 minut (w zależności od tego jak grube są kawałki ryby, moje były takie na nieco ponad 5cm). W tym czasie bierzemy prysznic, przebieramy się w dres, czy inne wygodne i ciepłe ubranie i zabieramy się do umycia warzyw. Wszystkie składniki kroimy, ale nie za drobno (no bo komu się chce) i mieszamy z dressingiem (który też powstaje po wymieszaniu wszystkiego razem). Nakładamy sporą ilość na talerz, na to układamy upieczonego łososia, a sama rybę skrapiamy sokiem z grubego plasterka cytryny. Voilla!

P.S. Mimo wszystko jestem bardzo szczęśliwa.

wtorek, 31 maja 2011

Faszerowane baklażany i maślane boczniaki.




Jeśli określenie „żar się leje z nieba” odbierać dosłownie, to pasuje do dzisiejszego dnia jak ulał. I nie chodzi mi bynajmniej o wybuch wulkanu nad głową, czy sąsiadów z piętra wyżej rzucających niedopałki przez balkon, lecz o promienie słońca, które wydają się kapać mi na skórę i wypalać w niej maleńkie, niewidoczne, acz bolesne kropki. Nie mam więc najmniejszej ochoty wychodzić w to gorące miasto, szyderczo witające mnie spalinami wypełniającymi gorący zaduch. Jedno co mnie cieszy to fakt, że moją chęć skrywania się w chłodnym domu usprawiedliwia zapalenie ucha i bolący jak jasna cholera brzuch. Mogę sobie bezkarnie cierpieć w przyjemnym chłodzie.
No, ale jeść coś trzeba. Pozostaje tylko pytanie, co da się przełknąć w taki upał? Odpadają wszelkiego rodzaju mięsa, gorące zupy i zapychające potrawki. Chłodnik? Nie, to nie to. Sałatka? Na sałatkę Łasuch ma genialną odmowę – „Nie, bo ostatnio jak jedliśmy sałatkę, to było za dużo pomidorków koktajlowych i one były takie kwaśne, że mi się tak kwaśno zrobiło w brzuchu, że już przez jakiś czas nie chcę jeść, bo się zakwasiłem”. Nie pogadasz. Przechadzaliśmy się tak po sklepie, pomiędzy skrzynkami z warzywami i owocami, aż trafiliśmy na tackę ładnych boczniaków, które stały się w ostateczności dodatkiem do warzywnej wariacji, na którą mam przyjemność Was zaprosić.



Faszerowane bakłażany:

1 duży bakłażan

1 cebula

3 ząbki czosnku

1,5 papryki (u mnie pomarańczowa, ale weźcie tą, którą lubicie)

3 pomidory

2 młode marchewki

½ szklanki soku pomidorowego

łyżeczka ziół prowansalskich

łyżeczka suszonej bazylii

łyżeczka zmielonego chilli

Bakłażana przekroiłam na pół i każdą połówkę wydrążyłam, nie naruszając skórki, a miąższ ułożyłam na durszlaku i posoliłam, aby wyciągnąć zeń goryczkę. Gdy bakłażan puścił sok przepłukałam go ciepłą wodą i pokroiłam w drobną kostkę. To samo zrobiłam z obranymi pomidorami, marchewką, cebulą i papryką. Wszystkie warzywa włożyłam do garnka z grubym dnem, dodałam czosnek oraz przyprawy i dusiłam jakieś 10 minut. Wyłożyłam je do wydrążonych połówek bakłażana, ułożyłam w naczyniu do zapiekania i do nagrzanego piekarnika, aż skórki zmiękły, jakieś kolejne 10 minut.



Maślane boczniaki:

1 duża łyżka masła

2 łyżki oliwy

250 g opłukanych boczniaków

Masło rozpuściłam z olejem na dużej patelni, gdy zaczęło skwierczeć wrzuciłam na nie boczniaki i smażyłam aż stały się lekko brązowe. Dzięki temu były miękkie w środku i chrupiące na brzegach.

Bakłażany i boczniaki zjedliśmy z odrobiną młodych ziemniaczków, które delikatnie skropiliśmy sobie tłuszczem ze smażenia grzybów. Orzeźwiający i bardzo sycący kompromis pomiędzy sałatką a „zjedzmy coś konkretnego”.

piątek, 6 maja 2011

Pierogi ze szpinakiem i serem feta



Lubię lepić pierogi. Sklejając krążki z ciasta w pewnym momencie moje ręce same wykonują pracę, a ja mogę sobie pozwolić na podróżowanie po mojej głowie. Uciekam w „co by było gdyby” i nikt mnie za to nie gani, nikt mnie w tym nie ocenia, ja sama zaś czuję się jakbym była co najmniej hinduską boginią Lakshmi – posiadającą dwie pary rąk, z których jedna zostaje przy ziemi, a druga może wznosić się ku górze i trzymać ochoczo lotos mojej wyobraźni. Lubię te przyziemno-niebiańską pracę, choć może się to wydać dziwne, pozwala mi ona się zrelaksować, co być może czyni mnie jedyną kobietą na ziemi, która czerpie radość z godzinnego stania i klejenia pierogów – bez końca :)
Leniwie ciągną mi się godziny.

Pierogi ze szpinakiem i serem feta.

ciasto:

1 szklanka mąki pszennej

1 łyżeczka stopionego masła

¼ szklanki ciepłego mleka

¼ szklanki wody gazowanej

Wymieszałam wszystko i ugniotłam, aż ciasto zrobiło się jednolite i łatwo odchodziło od dłoni – jeśli wyjdzie Wam za twarde musicie dodać więcej mleka, bo nic gorszego jak skamieniałe pierogi. Następnie przygotowałam farsz:

400g szpinaku (przesadziłam z ilością i połowa mi została)

3 ząbki młodego czosnku

200g sera feta

1 kopiasta łyżeczka startej gałki muszkatołowej

Tu wykonanie też jest proste i szybkie: gotujemy szpinak na odrobinie (ale dosłownie kilku kroplach!) wody, tak żeby nie przywarł do garnka i się rozmemłał, dodajemy do niego posiekany czosnek i gałkę muszkatołową, zdejmujemy z ognia i dodajemy ser, po czym rozdziabdziujemy to wszystko widelcem, albo łyżką żeby się dobrze pomieszało. Odstawiamy do wystygnięcia żeby zgęstniało i przede wszystkim żeby sobie łapek nie poparzyć.
Ciasto rozwałkowujemy i szklanką wycinamy z niego kółka, na które nakładamy po kulce ulepionej z farszu, następnie smarujemy brzegi delikatnie ciepłą wodą i sklejamy. Wrzucamy na osolony wrzątek z odrobiną oleju i delikatnie mieszamy, żeby się nie posklejały. Gdy wypłyną liczymy do dwustu czterdziestu i wyciągamy ;) dobrze smakują z jogurtem czosnkowym, ale my zjedliśmy je bez dodatków.

Muszę popracować nad zdjęciami, bo choć aparat mam kiepściutki to może da się zrobić w końcu coś ładnego. Pozdrawiam tych, którym nie chce się uczyć tak samo mocno jak mi.

środa, 4 maja 2011

Mintaj pod beszamelem na kołderce ze szpinaku



Czy to, że uważam za zbrodnię nazywanie ciastka z budyniem – kremówką, czyni mnie kimś zdrowo kopniętym? Tomasz tak uważa, ale dzielnie towarzyszy mi w psioczeniu na „papieskie kremówki”, na które Papież nawet by nie spojrzał. Polacy! Co się z nami stało do cholery… Masło, którym powinna spływać cała Polska, jest droższe niż wysokogatunkowa szynka, a jak już przy tym jesteśmy, to kiedy ostatni raz kupiliście w sklepie dobrą wędzoną szynkę? Dawno? Wcale?
Prawdziwe jedzenie staje się powoli legendą, przesyłane w opowieściach naszych babć i mam, kładzie się nam na końcu języka i wzdycha tęsknotą do kiełbasy chłopskiej i ogórków z miodem…
Dziś ryba. Jako taka, bo mintaj, chciałam solę, lub chociaż dorsza, ale Łasuszyna jak się uprze to mułami nie strącisz. Aby móc wreszcie wykorzystać kwiat muszkatołowca, postanowiłam okrasić ją delikatnym beszamelem. No i szpinak z młodym czosnkiem – bez niego nie wyobrażam sobie porządnego, wiosennego obiadu. Całość aż przesiąknięta masłem – ku pamięci prawdziwej polskiej
kuchni.


Mintaj pod beszamelem na kołderce ze szpinaku.


4 filety z mintaja (możecie dać inną rybę)

¼ szklanki mleka

2 łyżki mąki pszennej

2 łyżki masła

sól i świeżo zmielony pieprz


na beszamel: 2 łyżki masła

2 łyżki mąki pszennej

szklanka mleka

kwiat muszkatołowca

5 ziaren czarnego pieprzu


na szpinakową kołderkę: 400g szpinaku (u mnie jeszcze mrożony)

3 ząbki młodego czosnku

łyżeczka startego kwiatu muszkatołowca

łyżka masła

sól i świeżo zmielony pieprz


Zaczęłam
od szpinaku, czyli rozpuściłam masło w rondelku i wrzuciłam zamrożone liście. Gdy się roztopiły dodałam posiekany bardzo drobno czosnek i trochę się tym pozachwycałam. Później sypnęłam kwiatu muszkatołowego i pieprzu. Zagotowałam i posoliłam. Zjadłam pół.
Następnie przyprawiłam solą i pieprzem rybę, zamoczyłam ją w mleku, a następnie obtoczyłam w mące. Na dużej patelni rozgrzałam masło, ale uważałam żeby się nie przypaliło, potem włożyłam nań ryby i na wolniuśkim ogniu smażyłam około 5 minut, przewróciłam i dałam im kolejne 5 minut. Trochę się wkurzyłam bo filety były tak lichutkie, że się rozwaliły, no ale cóż…
Gdy ryby i szpinak były już gotowe przygotowałam beszamel, ale w nieco inny sposób, niż podają książki kucharskie, bo najpierw wlałam do garnuszka mleko i zagotowałam je powoli wraz z kwiatem muszkatołowca i pieprzem. Kiedy przesiąkło przyprawami, przecedziłam je przez sitko i odlałam do kubka. W rondelku roztopiłam masło i dodałam do niego mąki, cały czas mieszając (ułatwiłam sobie życie i użyłam mieszającej nakładki w blenderze). Gdy mąka z masłem się połączyły dolewałam stopniowo mleka, wciąż mieszając, tak aby powstał gładki sos o kremowym kolorze. Delikatnie dosoliłam, ale dosłownie tylko szczyptę.

Na talerzach układałam szpinak, na niego po dwa kawałki ryby i na całość porządny chlust sosu. Zjedliśmy to z młodymi ziemniaczkami, ale spokojnie pasowałby do tego ryż, czy nawet cieniutkie, belgijskie frytki.