Pokazywanie postów oznaczonych etykietą curry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą curry. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 maja 2011

Szalone mielone.

„Mama to miękkie ręce. Mama to melodyjny głos, to chuchanie na uderzone miejsce. Mama to samo dobro i sama przyjemność. Coś, co dobrze jest mieć w każdej chwili życia koło siebie, dookoła siebie, gdzieś na horyzoncie”.

(Melchior Wańkowicz „Ziele na kraterze”)




W moim życiu pojawiają się coraz to intensywniejsze zmiany. Nie wiem tylko czy będę w stanie im sprostać. Dajmy na to studia – praktycznie je skończyłam (teoretycznie jeszcze kilka dni) i co teraz? Siedzieć na dupie i płakać. Odrobinę szaleństwa, naiwności i beztroski trzeba mi!
Nawet obiad miał być zabawny a wyszedł naburmuszony i snobistyczny. Klątwa jakaś…


Szalone mielone (co wcale szalone nie okazały się):

250g mielonego indyka

1 jajko

½ szklanki zmielonych płatków kukurydzianych albo bułki tartej

1 łyżeczka czerwonej pasty curry

szczypta cynamonu

1 łyżeczka soli

ziarenko anyżu

kilka ziarenek kardamonu

½ łyżeczki nasion kolendry

½ cebuli

4 ząbki czosnku

½ łyżeczki świeżo zmielonego kolorowego pieprzu

6 patyczków do szaszłyków

Mięso zmieszałam z jajkiem, płatkami kukurydzianymi, cynamonem, solą, pieprzem i utartymi ziarenkami kardamonu, kolendry i anyżu. Dodałam łyżeczkę pasty curry i zblendowaną cebulę z czosnkiem. Uformowałam sześć w miarę podobnych sobie wałeczków i nabiłam je na patyczki do szaszłyków. Wstawiłam do lodówki na pół godziny. Po tym czasie wyjęłam i smażyłam na gorącym tłuszczu z każdej strony tak, aby uzyskały brązowy chrupiący kolor. Zjedliśmy je z pieczonymi ziemniakami i pomidorem z czosnkową śmietaną. No i tak jakoś, zwyczajnie…

wtorek, 15 czerwca 2010

Krupnik, curry, grzanki czosnkowe i wyrazy nacechowane pejoratywnie...


Za brak wolnego czasu odpowiada sesja. Swoją drogą to przez nią prawie nic nie jem, więc nawet nie ma czego tutaj wrzucać. I nie żebym była wściekła na ten pieprzony wykwit niesprawiedliwości jakim jest uniwersytet przez małe „u”. I nie żebym życzyła doktor Teresce permanentnej sraczki przez co najmniej dwa lata, za tą „chamerę” jak w zwyczaju mawiać mają młodzi ludzie. Tak więc sesję przedłużono mi do września, jak i czterdziestu spośród pięćdziesięciu osób na moim roku, więc wakacje sobie muszę zaplanować w innym terminie i gówno (tak, nie kupę, nie fekalia – gówno) ich wszystkich obchodzi to, że niedopatrzenia dopuściła się pracownica zacnej uczelni, a nie Bogu ducha winni my. Brak mi słów, Najmilsi, aby opisać moje uczucia w sposób bardziej cywilizowany…

Z całej tej rozpaczy poryczałam sobie wczoraj trochę oglądając „Skazanego na śmierć” i jednocześnie powzdychałam do Wentwortha Millera, który ,jeśli Tomasz się rozmyśli, zostanie moim mężem – jestem tego pewna. No bo jeśli facet dobrowolnie wpakował się do jednego z najcięższych więzień w Stanach, jest to więcej niż pewne, że życie ze mną to byłaby dla niego kaszka z mlekiem. Właściwie to bohater, którego gra, się wpakował do pudła… ale myślę, ze sam Wentworth trochę tych cech po Scofieldzie przejął. To znaczy mam nadzieję.


Trzeci akapit, skoro już popełniam bzdurny tekst, poświęcę temu jak pogryzły mnie komary. Otóż bardzo. Wydaje mi się to być karą za nieprzestrzeganie słowiańskich zwyczajów i kąpanie się w jeziorze przed Kupałą, bo nadmienić należy iż te krwiożercze bestie pogryzły mnie właśnie nad jeziorem. Ba! Nawet wąż chciał mnie zaatakować! Znaczy się zaskroniec, ale wyglądał groźnie, co pozwoliło mi pokonać prędkość światła w wychodzeniu z wody… Skutkiem całości i mojego uczulenia na ukąszenia owadów, mam czterdzieści siedem ropiejących bąbli na samej prawej łydce, nie mówiąc już o reszcie ciała.

Teraz przejdę do rzeczy rzeczywistej, a propos wcześniej wspomnianej kaszki z mlekiem. Tylko, że tu bez mleka. W krupniku.


Krupnik z curry i grzankami czosnkowymi:

1 pęczek włoszczyzny (marchewka, pietruszka, seler)

1 cebula

taka sobie kosteczka wieprzowa, albo udko z kurczaka (osobiście preferuje kurczaka)

szklanka kaszy jęczmiennej

5 sporych ziemniaków obranych i pokrojonych w kostkę

sól i pieprz

2 łyżeczki zielonej pasty curry

2 ząbki czosnku

4 kromki czerstwego chleba


Włoszczyznę i mięso gotujemy aż zmiękną, a wywar będzie miał bladożółty kolor. Wtedy wyjmujemy „szuwary” i jeśli lubimy to kroimy je na małe kawałki z powrotem dodając do zupy (ja tak robię tylko z marchewką), cebulę kroimy w drobną kostkę i wraz z ziemniakami i kaszą wsypujemy do garnka z wywarem. Gotujemy to wszystko do zmięknięcia kaszy i ziemniaków, a gdy to się stanie doprawiamy sola, pieprzem, przeciśniętym przez praskę jednym ząbkiem czosnku i pastą curry. W tymże czasie w piekarniku pieczemy na rumiano kromki chleba, gdy stwardnieją nacieramy je z obu stron czosnkiem i kroimy w kosteczkę. Zupę miksujemy blenderem, tak aby nie miała ani jednej grudki i podgrzewamy. Przelewamy do talerza i posypujemy grzankami. Można zjeść, ale to nie przymus.

Morał dzisiejszej opowieści: Zachowaj radość życia – NIE IDŹ NA STUDIA!

środa, 17 marca 2010

Zielone curry z kurczakiem i krewetkami. St. Paddy's Day!


Opłacało się tak długo czekać na krzaczek mięty pieprzowej. Bo choć nie dostałam jej do tej pory, zyskałam dwa produkty, które tchnęły mnie na zrobienie sobie w kuchni małej namiastki Irlandii. Otóż pani w sklepie, w którym zamówiłam ów nieszczęsna miętę w ramach przeprosin, iż nie wywiązała się z umowy sprezentowała mi mały słoiczek zielonej pasty curry i puszkę mleka kokosowego. Przypomniało mi to o irlandzkim zamiłowaniu do curry (nie wiem czy ze względu na dużą ilość Hindusów na wyspach, czy z powodów historycznych), połączyłam więc fakty i z okazji dzisiejszego zielonego St. Paddy’s Day postanowiłam zazielenić środowy obiad. Przedstawiam Wam moją wariację na temat green chicken curry i jednocześnie dopisuję się do akcji „Zielono mi”:



2 piersi z kurczaka

250g krewetek koktajlowych

solidna szklanka mrożonego groszku

½ dużej zielonej papryki

200ml mleka kokosowego

3 łyżki zielonej pasty curry

2 łyżki sosu sojowego

szklanka brązowego ryżu



W woku rozgrzałam kilka kropli oliwy (może być olej sezamowy, ale ja go akurat nie miałam) i wrzuciłam pokrojone w kostkę piersi z kurczaka. Gdy się lekko przyrumieniły dorzuciłam do nich krewetki i chwilkę smażyłam (tak, aby krewetek nie przesmażyć, a żeby zyskały uroczy czerwony kolor). Następnie zasypałam całość groszkiem i pokrojoną w kosteczkę papryką oraz zalałam mlekiem kokosowym, dodając po kolei pastę curry i sos sojowy. Całość sobie radośnie pobulgała aż warzywa zrobiły się miękkie, choć nie za długo, by nie straciły koloru. W międzyczasie, tudzież w czasie bulgania, do rondla z grubym dnem nalałam około 2 łyżek oliwy i gdy ta się rozgrzała wrzuciłam na nią ryż. Przesmażyłam aż zaczął skakać i zalałam lekko osoloną wodą (ok. ½ litra). Gotowałam go aż zmiękł i wchłonął większość wody, odcedziłam i przełożyłam do miseczek zalewając gorącym curry.

Niektórych z Was może dziwić dlaczego użyłam malutkich koktajlowych krewetek, ponieważ zazwyczaj do potraw typu curry dodaje się większych składników rybnych i mięsnych. Była to średnio udana próba przekonania Łasucha do smaczności specyfików nazywanych przez niego „robalami”, takie po nitce do kłębka, czy jakoś tak. I choć osobiście jestem wielką amatorką „robali” zaznaczam, że nie są one konieczne dla tych, którzy nie lubią gdy im coś „chlupie pod zębami, tak chlup, chlup, blee”. A teraz nie siedźcie w domach, tylko ubierajcie się i ruszajcie do pubów na zielone piwo (lub jakiekolwiek piwo), slainte!