Pokazywanie postów oznaczonych etykietą papryka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą papryka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 września 2014

Początek przygody: zapach Korfu i Souvlaki

widok z okna przy naszym ulubionym stoliku
    Temu, że Korfu jest kobietą nie da się zaprzeczyć. Gdy tylko postawi się stopę na korfijskiej ziemi, w twarz uderza ciepło, a nozdrza wypełnia perfumiany, subtelny zapach, zupełnie jakby wpadało się w objęcia długowłosej bogini piękna. Ale czy Kerkira, jako zwykła nimfa, była w stanie uwieść samego boga mórz? Co sprawiło, że to przez jej ramiona Odyseusz nareszcie odkleił się od klątwy długoletniej podróży i trafił do domu?
   Kiedy przyjechałam na Korfu, wyspę przez miejscowych zwaną Kerkirą – od imienia nimfy, kochanki Posejdona, której według legendy poświęcona jest wyspa – poczułam się jakby z moich stóp wyrastały korzenie. Podróżowałam po wielu krajach, byłam w wielu pięknych miejscach, nawet mieszkam w jednym z najpiękniejszych zakątków ziemi, jednak ta dzika, ale zarazem okiełznana wyspa sprawiła, że od pierwszego oddechu całe moje ciało mówiło mi „jesteśmy w domu”. Roztaczające się gaje oliwne, wszechobecne cytrusy i dosłownie wszędzie rosnące zioła i opuncje sprawiają, że wyspa wydaję się być rogiem obfitości, nieskończonym darem natury dla człowieka. Po głębszych obserwacjach zauważyłam, że w zasadzie na każdym kroku rośnie coś nie tylko jadalnego, ale i sycącego, pełnego smaku, wartości odżywczych, coś, co zapewnia nie wyłącznie przeżycie, ale i ucztę każdego dnia. I to wszystko na wyciągnięcie ręki.
   Bujna roślinność i niesamowita wydajność roślin jest zasługą padającego tu częściej, niż w pozostałej części Grecji, deszczu. Próżno szukać tu biało-niebieskich domów, spietrzonych na skałach. Zamiast tego są ukryte w gajach oliwnych chatki, kamienno-drewniane miasteczka wyrastające ze szczytów wzgórz i wszechobecna zieleń wymieszana z czystym, błękitnym morzem.
Także Grecy są tutaj jakby inni. Poprzez brytyjskie i wenecjańskie wpływy, Korfu jest bardziej zeuropeizowane, niż reszta kraju, wyraźnie naznaczona przez lata tureckich najazdów. Grecy na Korfu co prawda specjalizują się w różnych rodzajach siedzenia, picia kawy i życia bez najmniejszego pośpiechu, jednak temperament i akcent mają bardziej włoski. Jednakowo grecka duma jest w nich tak wielka, jak wszędzie – doskonałym przykładem jest przepis na idealną rybę, który otrzymałam w jednej restauracji, i o którym opowiem Wam innym razem.
    Zatrzymaliśmy się w Agios Georgios South, malowniczym, ale i spokojnym zakątku południowej części wyspy, w fantastycznym hotelu Bruskos, którego atmosfera wprowadzana przez właścicieli jest naprawdę godna polecenia. W samym miasteczku aż roi się od restauracji, głównie z tradycyjną grecką kuchnią, ale znaleźliśmy też lokale przystosowane do brytyjskiego podniebienia (wszechobecne full english breakfast), albo takie, które w zasadzie same nie wiedziały co sobą reprezentują (chilli con carne, tarte tatin, burgery, shepherd's pie i kiełbasa z grilla tuż obok gyro w picie). Jako że nasze wakacje miały polegać głównie na jedzeniu, leżeniu, kąpaniu się w morzu i zwiedzaniu nie chcieliśmy marnować czasu i żołądków na coś, co możemy dostać wszędzie. Pozstawiliśmy oczywiście na tradycyjną grecką/korfijską kuchnię i następnym razem zrobimy to samo. Pierwszą restauracją, do której dotarliśmy była Panorama, jednak to nie o niej chcę Wam dzisiaj opowiedzieć.
otwarte cały dzień (i całą noc!), codziennie.
   Dwie minuty leniwego spaceru od naszego hotelu znajdowała się niepozorna, mało nowoczesna taverna Kafesas. Mijaliśmy ją przez pierwsze trzy dni i uważam, że o trzy dni za długo. Mimo, że jest schowana w najdalszej części głównego deptaka i w porze lunchu raczej tu pusto, to wieczorami najlepiej jest zarezerwować sobie stolik. Przychodzi tu dużo lokalnych ludzi, a wieczorami grupy skuterów i quadów przemierzają drogę nawet z Argirades, bzycząc przy tym jak stado szerszeni, po to tylko, żeby zjeść i wypić w Taverna Kafesas. To znaczy, że warto.

Souvlaki w Tavernie Kafesas
 Przystawkę, nauczeni doświadczeniem, zamawialśmy jedną na nas dwoje. Do tego chrupiący, obowiązkowy chleb z oliwą i dzbanek domowego wina na początek. I muszę powiedzieć, że sam start był wyborny, jednak gdy przynoszono nam główne danie zaczynałą się „ommm” i „ammm” wraz z przewracaniem oczami z zachwytu. Jednym z tradycyjnych dań kuchni greckiej, które tam spróbowaliśmy były Souvlaki – grubo krojona wieprzowina, długo marynowana w ziołach i soku z cytryny, nadziewana na metalowe, płaskie szpadki i pieczona na węglu drzewnym. No i zakochaliśmy się. Po powrocie do domu kupiliśmy nawet potrzebne szpadki i jako jedno z pierwszych odtworzeń smaków wakacji, na warsztat trafiły właśnie Souvlaki. Skorzystałam z gotowej mieszanki przypraw, kupionej w lokalnym sklepie, jednak jej skład jest bardzo prosty, a przepis podaję poniżej.

nasze dzieło!
Souvlaki:
1kg karkówki wieprzowej
sok z 1 cytryny
płaska łyżka soli
2-3 cebule
2-3 dojrzałe pomidory, lub garść pomidorków koktajlowych
2 dojrzałe papryki
5 łyżek oliwy z oliwek z pierwszego tłoczenia

1 łyżka nasion kolendry
2 łyżki suszonego oregano (greckie oregano różni się od tego dostępnego w naszych sklepach, jest zazwyczaj zbierane dziko rosnące, suszone wraz z kwiatami, dlatego jego aromat jest bardziej wyrazisty, choć lżejszy od naszego odpowiednika)
2 łyżki suszonego tymianku

   Karkówkę kroimy w grube kawałki, dobrze żeby były takiej samej wielkości. To samo dotyczy pomidorów, papryki i cebuli – da nam to nie tylko łądniejszy wygląd dania, ale i pozwoli wszystkim składnikom upiec się w tym samym czasie. Mięso solimy i odstawiamy na około 20 minut. Mieszamy kolendrę, lekko ją rozbijając (można w moździerzu, można tłuczkiem do mięsa albo łyżką) z oregano i tymiankiem. Dodajemy do mięsa, polewamy oliwą i sokiem z cytryny, następnie wyrabiamy przez chwilę dłonią tak, aby przyprawy pokryły dobrze każdy kawałek karkówki. Zostawiamy na co najmniej 2-3 godziny, a najlepiej na całą noc w lodówce.
Rozpalamy grilla i zabieramy się o nadziewania souvlaków. Na metalowe szpadki (jeżeli nie mamy metalowych możemy użyć drewnianych, ale wtedy moczymy je w zimnej wodzie przez pół godziny i zwiększamy czas grillowania o około 10 minut – metalowe szpadki nagrzewając się pieką mięso również od wewnątrz) nadziewamy po kolei: dwa kawałki mięsa, kawałek pomidora, cebuli i papryki, znów dwa kawałki mięsa i tak do końca. Dobrze, aby na samym końcu znajdowało się mięso. Pieczemy na grillu, często obracając, około 25 minut, w zależności jak grube kawałki mamy, można sprawdzić czy są gotowe zdejmując jeden kawałek mięsa – powinno być upieczone, ale pozostać soczyste w środku, a chrupiące na zewnątrz.
Souvlaki podaję się z frytkami lub pitą, koniecznie z kawałkiem cytryny do doprawienia. My zaserwowaliśmy je sobie z tzatzikami, frytkami i zimnym piwem. I dopóki nas zima nie zaskoczy regularnie będziemy je serwować :)
restauracja jest dwupiętrowa. tu wejście od plaży
meze możemy wybrać sobie sami.
widzimy także z jakich owoców i warzyw przygotowane będą nasze posiłki
rybacki wystrój zaprasza do spróbowania ryb z dzisiejszego połowu
  Jeżeli podobała Wam się pierwsza część mojej relacji z Korfu, już za kilka dni zapraszam na kolejną, wraz z kolejnym przepisem. Przepis na souvlaki pochodzi z moich własnych obserwacji i informacji otrzymanych od znajomej Greczynki. Dajcie znać jak Wam wyszło! :) 
 

środa, 15 sierpnia 2012

Nie karm mnie wegietą! Sos słodko-kwaśny na zimę.

  Nigdy nie ukrywałam swojej niechęci do gotowych mieszanek przyprawowych wzbogacanych polepszaczami smaku, wegiet i maggików wszelkiej maści. Nie to, żebym była ortodoksyjną działaczką na rzecz naturalności, tudzież ukrytą sabotażystką wielkich koncernów żywnościowych. Po prostu nie uważam, aby ich smak był czymś godnym wpychania ich w każde możliwe danie. Pamiętam jak kiedyś na pewnej rodzinnej imprezie widziałam ciocię, gospodynię domostwa, krojącą pomidory. Zważywszy na to, że posiadali (i zapewne posiadają nadal) sporych rozmiarów ogród, jak można się łatwo domyśleć, ślinka ciekła mi na myśl o rzeczonych pomidorach ze szczypiorkiem, czy cebulą. Musielibyście widzieć moją minę, kiedy na stół wjechały (jako jedyna zresztą jarzynka) dorodne, czerwone i słodkie pomidory szczodrze oprószone niczym innym jak popularną żółtą przyprawą do zup i czego się da…  no spróbowałam, ale szczerze mówiąc szału nie było. Takie tam pomidory z rosołem z kostki. Faszerowana przez Rodziców od dziecka warzywami i ziołami z domowego ogródka, jedyne na czym mi wtedy zależało to odrobina zielonego szczypiorku – przecież to do cholery niewiele. Na szczęście imprezy u wujostwa umarły śmiercią naturalną, jednak mój wstręt do tego typu dodatków pozostał ciągle żywy. I tu widzimy główny powód mojej niekrytej niechęci – zazdrość. Moja miłość do naturalnych składników, długo gotowanych zup, esencjonalnych sosów, suszonych ziół, warzyw i owoców pozwoliła mi poczuć zagrożenie wobec popularnych sztucznych i szybkich substytutów. Uważam nawet swoje obawy za uzasadnione, bowiem niemalże w każdym domu gotowanie rosołu jest dziś przyspieszone, a jego kolor to już niestety nie kwestia dobrej kury i warzyw. No ale nie czarujmy się, nie każdy chce wiedzieć co je i nie każdemu chce się bawić w gotowanie od A do Z, więc w zakresie kuchni domowej mnie to nie rusza, póki mnie nie dotyczy. Wolnoć Tomku w swoim domku. Jednak w kwestii restauracji, chcecie czy nie, będę grzmieć i huczeć przeciwko wszelkiej maści ulepszaczom. No powiedzcie sami – wybieracie się od wielkiego dzwonu do restauracji, otwieracie kartę, zamawiacie najbardziej pasujące Wam danie, dostajecie je, a w nim? To wszystko, co możecie sami otworzyć, wsypać na wrzątek, zamieszać i to za jedyne dwa złote pięćdziesiąt groszy. Tyle, że w takiej pseudo restauracji płacicie za to dwadzieścia pięć złotych i ma Wam smakować, czy chcecie, czy nie. Moim zdaniem w dobie wszechobecnych produktów „smakopodobnych” powszechnie stosowanych w codziennym menu większości społeczeństwa, restauracje powinny być wykładnią dobrej kuchni, opartej jedynie i wyłącznie na naturalnych składnikach i metodach pozwalających wydobyć z potraw smak, jaki w całości mają do zaoferowania. Może i jestem niesprawiedliwa, nie obchodzi mnie to. Może nie mam racji, bo przecież gastronomia to ciężki biznes. Ale domagam się, aby wszystkie lokale, które chcą się poszczycić mianem restauracji nie ważyły się używać tzw. chemii w swoim jedzeniu. Domagam się możliwości wyboru pomiędzy jedzeniem ze sztucznymi dodatkami, a tym bez. Domagam się również informowania mnie o tym, co jem, a może wtedy mając wybór każdy będzie zadowolony – komu nie przeszkadza glutaminian, benzoesan i inne będzie zadowolenie wcinał wszystko, kto nie chce tego kupować i spożywać będzie wiedział, których miejsc unikać. A siłą rzeczy nie wydaje mi się, aby branża gastronomiczna miała na tym stracić.

   Z domu zawsze przywożę rzeczy, które zapewne celników prześwietlających mój bagaż doprowadzają do palpitacji serca – kilogramy pomidorów w pudełkach, papryki, wielkie siatki fasolki szparagowej, wędliny, sery, a nawet pietruszkę i seler. Przekładając i porządkując wczoraj moje ledwo rozpakowane zdobycze zmartwiłam się, że cieszyć się będę nimi najwyżej kilkanaście dni, do kilku tygodni. Wtedy też wpadłam na pomysł zamknięcia tych cudów (tak, dla mnie polskie pomidory to cud) w słoikach, w formie, w której najczęściej je zajadamy. Tak też w mojej dzisiejszej pracowni przetworowej od bladego świtu powstały trzy wielkie garnki w temacie pomidorowym, a zamrażarka już od wczoraj wzbogaciła się w trzy kolory zblanszowanej fasolki. Pragnę podzielić się z Wami przepisem na sos słodko-kwaśny, który w tym roku wypróbowałam po raz pierwszy w życiu, który został zainspirowany przepisem Panny Malwinny, jednak trochę się od niego różni. Polecam spróbować w tej wersji, ale również wersja oryginalna na blogu Filozofia Smaku jest godna uwagi.

Sos słodko-kwaśny na zimę:
1,5kg pomidorów
3 duże papryki (u mnie biała i zielona)
5 cebul
4 średnie marchewki
puszka ananasa
ząbek czosnku
1/2 łyżeczki chilli mielonego, papryki słodkiej, curry i pieprzu czarnego
2 łyżki jasnego sosu sojowego
2 czubate łyżki cukru
75ml octu spirytusowego 10%
łyżka soli
łyżeczka mąki ziemniaczanej

Pomidory, paprykę, marchew i cebulę pokroiłam w średniej wielkości kawałki i zasypałam łyżką soli. Odstawiłam na godzinę, po czym zlałam wypuszczony przez warzywa sok. Warzywa wrzuciłam do garnka i gotowałam 20 minut na wolniutkim ogniu. Dodałam ananasa pokrojonego na kawałki (sok z niego odłożyłam na później), ocet, sos sojowy, cukier i przyprawy. Gotowałam przez kolejne kilka minut po czym z ananasowego soku i mąki ziemniaczanej zrobiłam tzw. zaklepkę i dodałam ją do garnka z sosem. Zagotowałam, dosoilłam do smaku, wpakowałam w słoiki układając je do góry dnem, aby pokrywki się wklęsły i byłam z siebie bardzo zadowolona :) 
Mój kawałek lata :)

Na koniec zapraszam Was na mały spacer po ogródku moich Rodziców, z którego pochodzi większość składników użytych w przepisie (no, ananasa jeszcze tam nie wyhodowano;]). To tylko kilka z wielu różnych roślin żyjących na tym małym kawałku ziemi:


Odmian winogron jest tu około dziesięciu, część w szklarni, część na otwartym słońcu.

Kiwi, odmiana "Piccollo"

Jeden z niewielu pozostałych kwiatków nasturcji - resztę zjadły moje Siostrzenice :)

Ten ma korzenny smak, Siostra moja Aga robi go z cukrem pudrem w rumie - pycha.

Kusząca, ale cierpka aronia.

Pomidor odmiany tygrysiej.

Niestety nie doczekałam aż śliwki dojrzeją...

Borówka amerykańska.

Moje ulubione malinówki, najlepsze pod koniec zimnego września.

czwartek, 17 maja 2012

Pizza na chlebku pita.

Dietowanie dietowaniem, ale ochota na pizzę sama nie przejdzie. Jedyne wyjście z sytuacji to uruchomić szare komórki w strefie kombinatorskiej i obciąć, dodać, ująć, zmodyfikować. Tym sposobem stworzyć nowe przepyszne (i zbytnio nie odbiegające smakiem od oryginału) dzieło. Jak nasz dzisiejszy obiad, szybki w przyrządzeniu i zupełnie rozpieszczający podniebienie – pizza na chlebku pita.



Pizza na chlebku pita:

4 pełnoziarniste chlebki pita (użyłam gotowych, ale dobrej jakości)
puszka pieczarek w zalewie solnej
garść oliwek
pół małej cebuli
nieduże zielone chilli, bez pestek, pokrojone w cienkie paseczki
sos do pizzy (przepis podałam już tutaj)
2 kule mozzarelli

Nagrzałam piekarnik do 200 stopni na funkcji grillowania. Na kratce ułożyłam pity, skropiłam ich wierzch wodą i włożyłam do rozgrzanego piekarnika na dwie minuty. Wyjęłam je i przecięłam w pół, każdą połówkę posmarowałam sosem, obłożyłam dodatkami i na nowo ułożyłam na kratce. Piekłam do momentu roztopienia się sera, nie jestem pewna ile to dokładnie trwało, ale na pewno nie więcej niż chwilkę. Wyjęte i jeszcze gorące pizze wsuwaliśmy polane jogurtem czosnkowym (jogurt, czosnek, sól) i uszczęśliwiliśmy tym nasze wiecznie głodne brzuchy, że ho ho!


Postanowiłam dzielić się z Wami moimi codziennymi wymysłami na potrzeby sytuacji częściej, dlatego też już teraz zapraszam na ogniste curry, łososia na szpinaku i inne, które pojawią się na blogu w niedługim czasie :) Póki co dziękuję wszystkim za komentarze i odwiedzanie mojej strony, fajnie, że tu zaglądacie :)


poniedziałek, 28 listopada 2011

Pieczony łosoś na śródziemnomorskiej sałacie.



Zabieram się do pisania jak pies do jeża, bo najzwyczajniej w świecie padam na pysk. Szybkie obiady, wieczorowo – nocną porą, lekkie, ale pełnowartościowe, do tego śniadania w biegu, stres i gonitwa. Kto by pomyślał, że i mnie to spotka. Niecierpliwie czekam wyjazdu na święta, ale w tym roku niestety nie mam ani chwili żeby zabrać się choćby za maleńkie przygotowania bożonarodzeniowe, typu pierniczki, czy prezenty ręcznie robione. A szkoda.

Obiad ekspresowy, w stylu „samo się zrobi, a Ty idź weź prysznic', ale bardzo smaczny i sycący:


Pieczony łosoś na śródziemnomorskiej sałacie.


4 filety łososia ze skórą

4 plasterki niesolonego masła

4 grube plastry cytryny

zioła prowansalskie

sól


sałata:

½ główki sałaty lodowej

2 czerwone papryki

biała cebula

ogórek sałatkowy

2-3 łodygi selera naciowego

garść zielonych i czarnych oliwek


dressing:

¼ szklanki oliwy z pierwszego tłoczenia (możliwie jak najlepszej)

2 ząbki czosnku

sok i skórka z połowy cytryny

łyżka wody mineralnej



Na blachę do pieczenia wykładamy papier, układamy na nim łososia skórą do dołu, obsypujemy solą i ziołami prowansalskimi, a na wierzch kładziemy po plasterku masła i pieczemy w 200 stopniach przez około 20 minut (w zależności od tego jak grube są kawałki ryby, moje były takie na nieco ponad 5cm). W tym czasie bierzemy prysznic, przebieramy się w dres, czy inne wygodne i ciepłe ubranie i zabieramy się do umycia warzyw. Wszystkie składniki kroimy, ale nie za drobno (no bo komu się chce) i mieszamy z dressingiem (który też powstaje po wymieszaniu wszystkiego razem). Nakładamy sporą ilość na talerz, na to układamy upieczonego łososia, a sama rybę skrapiamy sokiem z grubego plasterka cytryny. Voilla!

P.S. Mimo wszystko jestem bardzo szczęśliwa.

niedziela, 24 lipca 2011

Jagnięcina po krakowsku.







Od kiedy moja miłość do jedzenia osiągnęła spory rozmiar, obiecałam sobie, że w miarę możliwości i odwagi postaram się spróbować więcej niż pozwalały mi na to wcześniejsze ograniczenia. Teraz gdy znajduję się w wiecznie zielonej krainie, słynącej z najlepszego piwa na świecie, staram się spełniać swoje postanowienie. Wynikiem dostępności produktów i być może bardziej otwartego smaku powstał dzisiejszy pomysł na jagnięcinę po krakowsku. Niech Was nie zmyli nazwa – z Krakowem ma ona tyle wspólnego, co nic, jednakże sposób jej przygotowania jest mocno wzorowany na przygotowaniu maczanki po krakowsku, stąd zapożyczenie, za które mam nadzieję krakowscy puryści się nie obrażą. Musze jeszcze powiedzieć, że choć było to moje pierwsze podejście do jagnięciny, na pewno na tym nie poprzestanę, bo smak tego mięsa bardzo przypadł mi do gustu.

Jagnięcina po krakowsku:
400g polędwicy jagnięcej (u mnie już w plastrach)
½ kg białej cebuli
2 drobniutko posiekane ząbki czosnku
250g pieczarek
2 łyżki stołowe ostrej papryki w proszku
4 łyżki stołowe kminku
½ l przegotowanej wody
łyżka oleju
sól
pieprz

Na patelni rozgrzałam olej dosłownie do czerwoności. Plastry jagnięciny (grube na około 2cm) oprószyłam solą i pieprzem i smażyłam z obu stron po 30 sekund na każdą, następnie ułożyłam je w naczyniu żaroodpornym. Cebulę i pieczarki pokroiłam niedbale w plasterki i wyłożyłam na ułożone w naczyniu mięso, po czym dodałam czosnek, paprykę i kminek. Wstawiłam do piekarnika nagrzanego na 200 stopni i piekłam pod przykryciem przez godzinę. Po tym czasie dodałam wodę, zdjęłam pokrywkę i piekłam przez kolejne półtorej godziny, aż mięso było delikatne i rozpływające się w ustach. Podałam z młodymi ziemniakami gotowanymi na parze oraz surówką z buraczków, na którą przepis podaję poniżej.

Surówka z marynowanych buraczków:
1 opakowanie buraczków w zalewie (ok. 500g)
po ćwiartce czerwonej, zielonej i żółtej papryki
100g kukurydzy z puszki
1 żółta cebula
1 kwaśne jabłko
sól
pieprz

Buraczki i jabłko starłam na tarce o grubych oczkach, dodałam kukurydzę, posiekaną cebulę i paprykę i doprawiłam solą oraz pieprzem. Ponieważ uzbierało mi się dużo soku z buraczków w misce, a chciałam uzyskać gęstą konsystencję, najzwyczajniej go wylałam, chociaż Wy możecie znaleźć mu jakieś pożyteczne zastosowanie.














A to mój obecny dom, Killarney wieczorową porą:
ładnie, prawda? :)

czwartek, 30 czerwca 2011

Burritos i instrukcja jedzenia truskawek.

Na samym wstępie przepraszam Was najmocniej jak tylko potrafię, że nie odwiedzam Waszych blogów przez ostatni czas. Na swoje usprawiedliwienie podam, że najzwyczajniej w świecie nie mam na to czasu – kończę pisać pracę licencjacką, oprócz tego muszę dokończyć pewien projekt, a termin powoli łapie mnie za kołnierz, wyprowadzam się i szykuję wyjazd do Irlandii, proszę więc o to, abyście nie gniewali się na mnie i jednocześnie obiecuję, że gdy tylko ustabilizuje mi się grunt pod nogami natychmiast nadrobię zaległości.
Na szczęście w natłoku zdarzeń musimy znaleźć czas na jedzenie, co za tym idzie na gotowanie, więc mam w zanadrzu kilka przepisów, którymi postaram się z Wami niedługo podzielić, ale dziś oprócz tego chciałabym jeszcze podzielić się zdjęciami z ogródka moich rodziców, w którym to odbywał się mini festiwal jedzenia owoców sezonowych, i z którego pragnę przekazać Wam instrukcję jedzenia truskawek ;) Przy okazji zapraszam serdecznie na burritos z mielonym indykiem i pastą z czerwonej fasoli :)

Porcja na 6 burritos:

250g mielonego mięsa z indyka

½ puszki kukurydzy

1 puszka czerwonej fasoli

1 czerwona papryka

2 cebule

5 ząbków czosnku

po solidnej łyżeczce mielonego chili, mielonej wędzonej papryki, bazylii, oregano, pieprzu oraz soli

6 placków tortilli

Mięso podsmażamy w głębokiej patelni i dodajemy pokrojoną drobno cebulę, paprykę oraz kukurydzę z puszki. Fasolę i połowę płynu z puszki miksujemy wraz z przyprawami i ząbkami czosnku, po czym zalewamy mięso powstałą miksturą. Dusimy przez 15-20 minut, podsmażamy tortille na suchej patelni, nadziewamy je gotowym mięsem i zwijamy jak krokiety. Mało pracy, a ile radości :)



Instrukcja jedzenia truskawek

Krok 1: dorwać czerwoną truskawkę, możliwie jak największą, Krok 2: włożyć ją do buzi w miarę możliwości w całości,
Krok 3: można asekurować się starszą siostrą,
Krok 4: zrobić słodką minkę i wciąż powtarzać "Ale jakie truskawki? ja zjadłam? ja nieee..." oraz cieszyć się pełnym brzuchem i umorusaną buzią.

wtorek, 31 maja 2011

Faszerowane baklażany i maślane boczniaki.




Jeśli określenie „żar się leje z nieba” odbierać dosłownie, to pasuje do dzisiejszego dnia jak ulał. I nie chodzi mi bynajmniej o wybuch wulkanu nad głową, czy sąsiadów z piętra wyżej rzucających niedopałki przez balkon, lecz o promienie słońca, które wydają się kapać mi na skórę i wypalać w niej maleńkie, niewidoczne, acz bolesne kropki. Nie mam więc najmniejszej ochoty wychodzić w to gorące miasto, szyderczo witające mnie spalinami wypełniającymi gorący zaduch. Jedno co mnie cieszy to fakt, że moją chęć skrywania się w chłodnym domu usprawiedliwia zapalenie ucha i bolący jak jasna cholera brzuch. Mogę sobie bezkarnie cierpieć w przyjemnym chłodzie.
No, ale jeść coś trzeba. Pozostaje tylko pytanie, co da się przełknąć w taki upał? Odpadają wszelkiego rodzaju mięsa, gorące zupy i zapychające potrawki. Chłodnik? Nie, to nie to. Sałatka? Na sałatkę Łasuch ma genialną odmowę – „Nie, bo ostatnio jak jedliśmy sałatkę, to było za dużo pomidorków koktajlowych i one były takie kwaśne, że mi się tak kwaśno zrobiło w brzuchu, że już przez jakiś czas nie chcę jeść, bo się zakwasiłem”. Nie pogadasz. Przechadzaliśmy się tak po sklepie, pomiędzy skrzynkami z warzywami i owocami, aż trafiliśmy na tackę ładnych boczniaków, które stały się w ostateczności dodatkiem do warzywnej wariacji, na którą mam przyjemność Was zaprosić.



Faszerowane bakłażany:

1 duży bakłażan

1 cebula

3 ząbki czosnku

1,5 papryki (u mnie pomarańczowa, ale weźcie tą, którą lubicie)

3 pomidory

2 młode marchewki

½ szklanki soku pomidorowego

łyżeczka ziół prowansalskich

łyżeczka suszonej bazylii

łyżeczka zmielonego chilli

Bakłażana przekroiłam na pół i każdą połówkę wydrążyłam, nie naruszając skórki, a miąższ ułożyłam na durszlaku i posoliłam, aby wyciągnąć zeń goryczkę. Gdy bakłażan puścił sok przepłukałam go ciepłą wodą i pokroiłam w drobną kostkę. To samo zrobiłam z obranymi pomidorami, marchewką, cebulą i papryką. Wszystkie warzywa włożyłam do garnka z grubym dnem, dodałam czosnek oraz przyprawy i dusiłam jakieś 10 minut. Wyłożyłam je do wydrążonych połówek bakłażana, ułożyłam w naczyniu do zapiekania i do nagrzanego piekarnika, aż skórki zmiękły, jakieś kolejne 10 minut.



Maślane boczniaki:

1 duża łyżka masła

2 łyżki oliwy

250 g opłukanych boczniaków

Masło rozpuściłam z olejem na dużej patelni, gdy zaczęło skwierczeć wrzuciłam na nie boczniaki i smażyłam aż stały się lekko brązowe. Dzięki temu były miękkie w środku i chrupiące na brzegach.

Bakłażany i boczniaki zjedliśmy z odrobiną młodych ziemniaczków, które delikatnie skropiliśmy sobie tłuszczem ze smażenia grzybów. Orzeźwiający i bardzo sycący kompromis pomiędzy sałatką a „zjedzmy coś konkretnego”.