Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jajka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jajka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 maja 2011

Szalone mielone.

„Mama to miękkie ręce. Mama to melodyjny głos, to chuchanie na uderzone miejsce. Mama to samo dobro i sama przyjemność. Coś, co dobrze jest mieć w każdej chwili życia koło siebie, dookoła siebie, gdzieś na horyzoncie”.

(Melchior Wańkowicz „Ziele na kraterze”)




W moim życiu pojawiają się coraz to intensywniejsze zmiany. Nie wiem tylko czy będę w stanie im sprostać. Dajmy na to studia – praktycznie je skończyłam (teoretycznie jeszcze kilka dni) i co teraz? Siedzieć na dupie i płakać. Odrobinę szaleństwa, naiwności i beztroski trzeba mi!
Nawet obiad miał być zabawny a wyszedł naburmuszony i snobistyczny. Klątwa jakaś…


Szalone mielone (co wcale szalone nie okazały się):

250g mielonego indyka

1 jajko

½ szklanki zmielonych płatków kukurydzianych albo bułki tartej

1 łyżeczka czerwonej pasty curry

szczypta cynamonu

1 łyżeczka soli

ziarenko anyżu

kilka ziarenek kardamonu

½ łyżeczki nasion kolendry

½ cebuli

4 ząbki czosnku

½ łyżeczki świeżo zmielonego kolorowego pieprzu

6 patyczków do szaszłyków

Mięso zmieszałam z jajkiem, płatkami kukurydzianymi, cynamonem, solą, pieprzem i utartymi ziarenkami kardamonu, kolendry i anyżu. Dodałam łyżeczkę pasty curry i zblendowaną cebulę z czosnkiem. Uformowałam sześć w miarę podobnych sobie wałeczków i nabiłam je na patyczki do szaszłyków. Wstawiłam do lodówki na pół godziny. Po tym czasie wyjęłam i smażyłam na gorącym tłuszczu z każdej strony tak, aby uzyskały brązowy chrupiący kolor. Zjedliśmy je z pieczonymi ziemniakami i pomidorem z czosnkową śmietaną. No i tak jakoś, zwyczajnie…

niedziela, 20 marca 2011

Przedwojenny tort makowy i niespodzianka od Grażyny

Czasami wydaje mi się, że nigdy się nie ogarnę i już zawsze pozostanę taka zakręcona jak korkociąg… Owszem, miałam wczoraj chęci, aby zamieścić wpis, jednakże zapomniałam wziąć do Rodziców nie tylko komputera, ale także torebki, a co za tym idzie pozostałam bez portfela, dokumentów i co najważniejsze – kluczy… Toteż teraz, gdy już jestem z powrotem szybciuteńko nadrabiam.

Co najważniejsze muszę się pochwalić swoją nagrodą, którą dostałam od Grażyny – fenomenalnie pysznymi i chrupkimi chipsami jabłkowymi (zdjęcie jedyne, bo zaraz je z Mamą Walentyną wsunęłyśmy), za które Grażynko Ci serdecznie dziękuję i zapewniam Cię, że pyszniejszych chipsów nie jadłam!

U mnie w rodzinie najlepsze torty piekła Babcia Wisia, która przed wojną praktykowała cukierniczo w cukierni Bliklego, skąd wyniosła niesamowite umiejętności w pieczeniu słodkości. Późniejsze próby naśladowania Babci podjęła ciocia, ale mimo iż jej to całkiem wychodziło, nie było to TO COŚ. I może to, co chcę teraz napisać zabrzmi wyjątkowo subiektywnie, to uważam, że moja Mama Walentyna właśnie TO COŚ w tym swoim wypieku umieściła. Poniższy przepis dostałam od Mamy Walentyny z nieskrywaną niechęcią, ponieważ to taka nasza rodzinna tradycja, jednakże dzielę się nim z Wami, dlatego że wiem, iż trafia on właśnie w bardzo godne tego ręce.

8 jaj

25 dag cukru pudru

25 dag maku

łyżka maki pszennej

łyżka maki ziemniaczanej

olejek migdałowy i/lub łyżka kakao

łyżeczka proszku do pieczenia

Mak należy sparzyć wrzątkiem, odcedzić i zmielić 3 razy. Utrzeć go, a następnie utrzeć tez żółtka z cukrem pudrem. Białka ubić na sztywną pianę. Mak połączyć z mąką i resztą produktów, po czym mieszać najlepiej drewnianą łyżką, aż ciasto uzyska gładką konsystencję. Do wysmarowanej tłuszczem i wysypanej bułką tartą tortownicy wlać ciasto i wsadzić do nagrzanego na 160 stopni piekarnika na nieco ponad godzinę.

Masa kakaowa:

3jajka

2 szklanki cukru pudru

kostka masła

łyżka kakao

Żółtka wraz z cukrem pudrem ucierać nad parą, gdy ostygną zmiksować z masłem i łyżką kakao, ostudzić.

Poncz:

sok z 3 cytryn

2 łyżki cukru pudru

¼ szklanki przegotowanej wody

Sok wymieszać z cukrem pudrem i powoli dodawać wodę tak aby uzyskać lekko słodko-kwaśny płyn.

Gdy ciasto się upiecze i ostygnie przecinamy je za pomocą cienkiej nitki w poprzek na 3 płaty, które nasączamy ponczem i przekładamy masą. Dekorujemy tak jak nam się to tylko podoba i wstawiamy na godzinę do lodówki. Wyciągamy, zanosimy do solenizanta/solenizantki, śpiewamy sto lat! i doskonale się bawimy :)

czwartek, 23 września 2010

Jajka w sosie chrzanowo-żurawinowym


Pierwsza zasada mediów: niektóre rzeczy należy wyłącznie okpić, lub przemilczeć.









Jajka w sosie żurawinowym:
4 jajka łyżka tartego chrzanu łyżka śmietany 18% łyżka soku z żurawiny sól kolorowy pieprz prosto z młynka Jajka wsadzamy do garnka z zimną wodą i gotujemy przez 10 minut na twardo. Chrzan mieszamy ze śmietaną i sokiem z żurawiny, doprawiamy sola i pieprzem. Wszystko po wymieszaniu powinno mieć cukierkowy różowy kolor. Jajka trzeba ostudzić, pod zimną wodą i to najlepiej przez kilka minut, bo skorupka będzie lepiej odchodzić, następnie obrać, przepołowić i polać sosem. Pysznie smakuje z chrupiącym chlebem posmarowanym prawdziwym masłem. Dziękuję wielu Ludziom za miłe słowa - to mało kosztuje, a naprawdę daje kopa jak poranna kawa :]

środa, 12 maja 2010

Szparagi w szynce szwarcwaldzkiej.


Uwielbiam szparagi. We wszystkich ich kolorach i odsłonach, w cieście, zapiekane, gotowane, w postaci zupy. Kocham je miłością największą. Być może przez ich wykwintność, wyjątkową i dostępną praktycznie w zasięgu ręki, a być może przez ten niepowtarzalny smak, który rozpływa się w ustach i oczarowuje mnie od dzieciństwa.

Buszując wczoraj po targowisku z mamą Walentyną zaopatrzyłam się w 600gramowy pęczek szparagów – moich ulubionych, cienkich i biało-kremowych. Długo zastanawiałam się jak je przyrządzić, gdy przypomniałam sobie o naszej walentynkowej kolacji, gdzie właśnie szparagi (wówczas ze słoika) występowały otulone w szynkę szwarcwaldzką. Pamiętam, że byłam kompletnie oczarowana tym mariażem i postanowiłam to sobie wieczorem przypomnieć. Przysięgam Wam najszczerzej – nigdy nie jadłam czegoś tak prostego, a zarazem tak pysznego. Jestem w stu procentach pewna, że to właśnie to danie nazywane było ambrozją na Olimpie.



pęczek szparagów (najlepiej białych)

kilka plastrów szynki szwarcwaldzkiej

łyżka octu

jajko


Szparagi dokładnie obrałam i odcięłam zdrewniałe końce, po czym wrzuciłam je na około 15 minut do wrzącej wody z łyżeczką soli i cukru. Gdy były gotowe wyciągnęłam je na drewnianą deskę i po trzy sztuki owijałam w plasterek szynki, a następnie układałam na półmisku. W małym garnku zagotowałam wodę z dwoma łyżkami octu winnego i łyżeczką soli. Gdy osiągnęła wrzenie mieszałam w niej energicznie łyżką w jedną stronę tak, aby powstał taki mały wir wodny. Do kręcącej się wody wbiłam tuż nad jej powierzchnią jajko i nadając mu kształt łyżką wyjęłam po całkowitym ścięciu się białka. Ułożyłam je tuż obok szparagów i posypałam grubą morską solą i świeżo zmielonym pieprzem. Co było później? Jadłam, jadłam i jadłam. Aż mi się uszy trzęsły.

poniedziałek, 25 stycznia 2010

Egg fried rice.



Mogłabym skłamać, że pomysł na dzisiejszą kolację jest wynikiem braku czasu, a nie lenistwa. Jednak muszę się przyznawać do swoich wad, a lenistwo jest jedna z nich. Śniegu dookoła coraz więcej, a temperatura skacze jak na trampolinie, zatem moje „nie chce mi się” uważam za częściowo usprawiedliwione. Jednak na jedzenie nigdy nie przestaję mieć ochoty. Postanowiłam więc szybko przygotować nam coś rozgrzewającego, zarazem nie zabierającego więcej jak 10 minut. Egg fried rice, czyli najzwyklejszy smażony ryż z jajkiem to potrawa orientalna, którą jak na złość poznałam pod prawdziwą postacią nie w Chinach, lecz w Irlandii – jest to najczęściej spożywana forma ryżu przez Irlandczyków.


woreczek ryżu jaśminowego

5cm białej części pora

mieszanka warzywna (groszek, marchewka, fasolka szparagowa, seler naciowy, pietruszka)

1 duże jajko

łyżeczka mielonego imbiru

pół łyżeczki chilli w proszku

łyżeczka mieszanki przypraw (cynamon, goździki, kmin rzymski, czarny pieprz, kardamon)

łyżka sosu sojowego




Do przygotowania najlepiej nadaje się ryż jaśminowy, ze względu na swoje długie ziarenka i cudowny aromat, doskonale wzmacniający smak potrawy. Wstawiam go do osolonego wrzątku i gotuję przez najwyżej 10 minut, tak aby był sypki i lekko twardawy.

Błogosławieni ci, którzy pamiętają o miłośnikach gotowania – moje rodzeństwo. Jakieś 4 lata temu z potężną dumą wręczyli mi w prezencie urodzinowym oryginalnego chińskiego woka z kompletem porcelanowych miseczek i zdobionych pałeczek. Ze względu na częstotliwość użytkowania, pałeczki już dawno są „po drugiej stronie tęczy”, jednak wok twardo trzyma się przy życiu. Rozgrzałam w nim zatem łyżkę oleju, a gdy zagrzał się dosyć mocno wrzuciłam na niego szczodrą garść mieszanki mrożonych warzyw i pokrojonego w cienkie jak pergamin plasterki pora. Podsmażając całość uważałam aby nie przedobrzyć, ponieważ warzywa zbyt mocno przysmażone straciłyby kolor, pozbawiając mnie frajdy przebierania pałeczkami w mocno czerwonych i zielonych barwach. Gdy warzywa miały już prawie dość, wbiłam do nich jajko mieszając energicznie przez chwilę drewnianą łyżką. Dodałam odsączony ryż, przyprawy i sos sojowy, zamieszałam i przełożyłam do miseczek. Idealnie rozgrzewające – sami spróbujcie.