Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciasta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciasta. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 sierpnia 2014

"Szarlotka" z brzoskwiniami.

No i się pochorowałam. Przez kilka dni nie potrafiłam wstać z łóżka to i wpisów nie było, a i do Was nie zaglądałam. Ale za to mam dla Was w zanadrzu przepyszną "szarlotkę" z brzoskwiniami. Szarlotkę, choć z jabłkami nie ma nic wspólnego. Jest to moja improwizacja, oparta na przepisie na szarlotkę jaki znam i stosuję od lat. Ostatnie, soczyste i duże brzoskwinie tego lata prawie w ogóle nie potrzebują dosładzania, a efekt - sami sprawdźcie, koniecznie w promieniach słońca ostatnich letnich dni.

"Szarlotka" z brzoskwiniami:
1kg dojrzałych brzoskwiń
2 łyżki miodu
szczypta mielonego imbiru

3 szklanki mąki
350g masła
łyżka ekstraktu waniliowego
4 jajka
szklanka cukru
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia

Brzoskwinie należy sparzyć wrzątkiem i obrać ze skórki oraz wypestkować. Pokroić w kosteczkę i gotować około 20 minut na wolnym ogniu. Gdyby puściły za dużo soku, można go sobie odlać i używać jako syropu, do lodów na przykład. Dodać miód i imbir, następnie odstawić na bok do wystygnięcia.
Mąkę przesiać wraz z proszkiem do pieczenia, dodać cukier, ekstrakt waniliowy, 3 jajka, jedno żółtko i pokrojone na małe kawałeczki masło. Szybko zagnieść ciasto, podzielić na dwie równe części, włożyć do woreczka  schować do lodówki. W tym czasie ubić pianę z białek. Pomiędzy dwoma, posypanymi mąką, kawałkami folii spożywczej rozwałkować pierwszą część ciasta, wyłożyć na posmarowaną tłuszczem i wysypaną mąką blaszkę i wyrównać brzegi. Włożyć do lodówki, następnie ubić pianę z pozostałego nam białka (ja zawsze dodaję szczyptę soli, aby lepiej się ubiło). Wyjąć foremkę z lodówki, wyłożyć brzoskwiniami, a na wierzch rozprowadzić pianę z białka (pozwoli ona na połączenie się wierzchniej warstwy ciasta z nadzieniem owocowym). Pozostałą część ciasta wyjąć z lodówki, rozwałkować i ułożyć na sam wierzch. Piec w piekarniku nagrzanym do 180 stopni przez godzinę. Można jeść na ciepło i na zimno, nam najbardziej smakowało na drugi dzień :)

wtorek, 19 sierpnia 2014

Chleb bananowy z kawałkami czekolady.

Muszę się przyznać, że nie piekłam chleba bananowego wcześniej, mimo że całkiem niedawno panował na niego szał, jakoś nigdy mnie do siebie nie zachęcał. O tym, jak bardzo byłam w błędzie przekonałam się już z pierwszym kęsem. Jest wilgotny, nie natrętnie bananowy (tego się bałam) i nie za słodki. Idealny! A do tego robi się go ekspresowo. Wzorowałam się na tym przepisie, ale zmieniłam kilka produktów na te, które bardziej mi odpowiadały.


Chleb bananowy z kawałkami czekolady:
3 duże dojrzałe banany
1/3 szklanki oleju
2 łyżki miodu
1 roztrzepane jajko
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1,5 szklanki mąki
100g posiekanej mlecznej czekolady

Banany rozgnieść widelcem wraz z olejem i miodem. Dodać jajko, ekstrakt waniliowy i wymieszać. Dosypywać stopniowo mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia i wymieszać łyżką. Gdy wszystko się połączy wsypać czekoladę i dobrze wymieszać. Piec w wysmarowanej tłuszczem i wysypanej bułką tartą keksówce, w temperaturze 180 stopni przez 50 minut.
Mogło być prościej? :)


czwartek, 28 lutego 2013

Cytrynowiec.


Z biegiem czasu stwierdzam, że moje umiejętności w pieczeniu ciast potrafią się rozwijać. W ten oto sposób, gdy kilka miesięcy temu natrafiłam na cytrynowca na blogu Domowe Wypieki, marzyło mi się, by ktoś mi takiego przygotował. Całkiem niedawno natomiast nabrałam odwagi i zabrałam się za niego sama. Szczerze mówiąc popełniłam błąd… nie przygotowując go od razu! Fantastyczne, słodko-kwaśne ciasto na delikatnym biszkopcie z nasączonymi lukrem herbatnikami na wierzchu – czy może być lepiej? Jak dla mnie nie :) Przepis podaję za autorką z małymi zmianami (biszkopt zrobiłam ze swojego sprawdzonego przepisu):
 


Biszkopt:
  • 4 jajka
  • ¾ szklanki mąki pszennej
  • ¼ szklanki mąki ziemniaczanej
  • ¼ szklanki cukru
Poncz:
  • ½ szklanki wody
  • trochę soku z cytryny (ok. ćwiartka cytryny)
  • 1 łyżeczka cukru
Masa budyniowa:
  • 2 budynie śmietankowe bez cukru
  • ½ szklanki wyciśniętego soku z cytryny (potrzeba ok. 2,5- 3 cytryny)
  • 1 ½ szklanki wody
  • 1 szklanka cukru (200g)
  • 200g masła
Cytrynowa pianka:
  • 1 galaretka cytrynowa (u mnie 2)
  • 500ml słodkiej śmietany 30- 36%
  • 2 łyżki cukru pudru
Lukier:
  • sok z połowy cytryny
  • cukier puder
Dodatkowo:
  • ok. 140g herbatników (20 sztuk)

Aby zrobić biszkopt oddzieliłam żółtka od białek, białka ubiłam na sztywno, dodając na zmianę żółtka, cukier i przesiane mąki. Dno prostokątnej blaszki wyłożyłam papierem do pieczenia, boków nie smarowałam. Wylałam ciasto i piekłam w 160 stopniach przez 30 minut, po tym czasie wyłączyłam piekarnik, uchyliłam drzwiczki i pozostawiłam biszkopt do wystygnięcia.
Przygotowałam masę budyniową - sok z cytryny, szklankę wody i cukier zagotowałam. ½ szklanki wody wymieszałam dokładnie z budyniami. Dodałam do gotującej się wody, szybko mieszając. Chwilę gotowałam, aż masa zgęstnieje. Pozostawiłam do całkowitego ostygnięcia. Miękkie masło utarłam mikserem na puszystą masę. Dalej miksując dodałam stopniowo ostudzony budyń.
Następnie przygotowałam poncz. Wodę zmieszałam z sokiem z cytryny i cukrem. Zapomniałam nasączyć biszkopt ponczem, ale jeśli będziecie przygotowywać to ciasto to starajcie się tej kwestii nie pominąć. Na biszkopt wyłożyłam masę budyniową.
Przygotowałam cytrynową piankę. Galaretki rozpuściłam w 800ml gorącej wody. Pozostawiłam do ostygnięcia. Śmietankę ubiłam na sztywno. Pod koniec ubijania powinnam była dodać cukier puder ale użyłam słodzonych galaretek więc pominęłam ten krok, uważam z dobrym skutkiem. Kolejno, dalej miksując, dodałam stopniowo tężejącą galaretkę. Wyłożyłam na masę budyniową. Na sam wierzch ciasta ułożyłam herbatniki i polałam je gęstym lukrem z soku z cytryny i cukru pudru. Wstawiłam do lodówki i jakimś cudem udało mi się wyciągnąć całość dopiero na drugi dzień, choć nie obył się bez pojękiwań Łasucha nad uchem… :)
Muszę przyznać, że robiłam już to ciasto dwa razy i na pewno na tym nie poprzestanę, ponieważ jestem nim zachwycona, także gorąco polecam!



P.S. Wiem, że kawałek na zdjęciu nie najelegantszy, ale to była naprawdę końcówka ciasta... :]

piątek, 31 sierpnia 2012

Lubię. Ciasto kakaowe z gruszkami.


  Lubię jesień. Choć zbyt często rozdziela trudnym do zniesienia deszczem, lubię ją inaczej niż inne pory roku. Lubię chować się myślami w porannych, zimnych i gęstych mgłach, lubię patrzeć jak z dnia na dzień, niby dynamicznie, a jednak jakby sunąc powoli liście i trawy zmieniają barwy żeby potem opaść. Najbardziej jednak lubię jej zapach. Wydaje się być niemal magiczny, niezauważalny jak gdyby nie istniał, a jednak da się go wyraźnie wyczuć, wypełnić nim płuca po brzegi, odetchnąć i mruknąć „Już jesień…”. Uczy mnie szacunku do czasu, przyzwyczaja do przemijania i wypełnia nadzieją na kolejną wiosnę. Lubię jesień.
Lubię kosze pełne rumianych jabłek, ciemnych śliwek i złotych, lekko zawstydzonych gruszek. Zimnych, bo dotkniętych porannym chłodem, chrupiących i tryskających sokiem na wszystkie cztery strony świata, w tym na brodę zwłaszcza. Lubię chować się przed chłodem z różowymi policzkami w ciepły koc. Koniecznie z kubkiem herbaty i koniecznie z czymś słodkim, najlepiej łączącym wszystkie „lubię” w jedną całość.


Ciasto mocno kakaowe z gruszkami:
250g mąki pszennej
250g cukru
3 jajka
350g miękkiego masła
2 łyżeczki proszku do pieczenia
4 kopiaste łyżki kakao
6 łyżek mleka
½ łyżeczki mieszanki przypraw do piernika (gałka muszkatołowa, goździki, cynamon i ziele angielskie)
1kg mocno dojrzałych żółtych gruszek
Gruszki obrałam, wydrążyłam i poukładałam na dnie okrągłej, wysmarowanej masłem foremki. Wszystkie składniki zmiksowałam ze sobą na dosyć rzadką (ale nie przesadnie) masę, zalałam nią gruszki i wstawiłam do nagrzanego na 250 stopni piekarnika. Piekłam tak 5 minut, następnie zmniejszyłam temperaturę do 180 stopni i piekłam kolejne 45 minut. Po wyjęciu i ostygnięciu przełożyłam ciasto na tacę gruszkami do góry i porządnie udekorowałam polewą.


Polewa kakaowa:
200g masła
10 łyżek cukru
5 łyżek kakao
5 łyżek bardzo zimnej wody
Masło roztopiłam w rondelku na średnim ogniu, wsypałam cukier i kakao i mieszałam do rozpuszczenia, następnie dodałam wodę, zdjęłam z ognia i mieszałam aż się wszystko dobrze połączy. Zostawiłam na kilka minut do ostygnięcia i udekorowałam wierzch ciasta.


 Przepis jest inspirowany ciastem czekoladowym Nigelli Lawson z książki „Nigella ekspresowo”, jednak dokonałam sporych modyfikacji, zatem jest bardziej „mój”. 



wtorek, 24 lipca 2012

O plagiatach słow kilka i ciasto czeskie na osłodę.

Największym społecznym błędem komunizmu była wspólna własność. Choć to pozornie niewidoczne, poprzez pięćdziesiąt lat zatarły się w polskim społeczeństwie istotne cechy jak poczucie odpowiedzialności, własności i współzależności, miast tego doskonale wykształciły się obojętność oraz poczucie bezradności. Jednak najgorszym co mogło się z tego urodzić jest kompletnie zniekształcone i ubogie pojęcie kradzieży – przekonanie, że jeśli jest dostępne, to jest do wzięcia, przywłaszczenia, kompletnie nie kojarzone z niczym niemoralnym. I choć wiele ludzi wiodących dorosłe, samodzielne życie nie ma dziś już nic wspólnego z minionym ustrojem, wzorzec wykształcony i powielany przez lata, powszechne „olewatorstwo” i wybiórcza śpiączka sumienia odbija się jak stempel na czole społeczeństwa. Dlaczego o tym? Być może dlatego, że przepełnia mnie rozgoryczenie traktowaniem blogerów i ich własności intelektualnej, jakie można zobrazować ostatnio wydaną książką kucharską pewnej znanej już pani, całkowicie splagiatowaną kilku blogów kulinarnych, albo dzisiejszym moim znaleziskiem, którym jest zdjęcie z mojego bloga, z moim przepisem, niestety bez mojego podpisu… Powszechne przekonanie, że jeżeli coś jest w Internecie to jest publiczne, a jeżeli jest publiczne to jest wszystkich i ZA DARMO przyprawia mnie o mdłości i palpitacje serca. Jakże wiele wysiłku musi kosztować wklepanie do przypisów kilku adresów stron internetowych, napisanie kilku maili z prośbą o pozwolenie na wykorzystanie czyjegoś wytworu? Zapewniam, że w moim przypadku telefon czy email z zapytaniem o wykorzystanie mojego zdjęcia, tekstu, przepisu zajmuje mniej czasu i energii, niż przerabianie w programie do obróbki graficznej i ucinanie adresu źródłowego ze zdjęcia, mało tego, jeśli komuś ogromnie mocno zależy na czasie, jestem w stanie wyrazić zgodę  na pożyczenie mojego dzieła szybciej niż wklepuje się ctrl+c i ctrl+v.
Moja ukochana Ania Shirley mawiała, że „naśladownictwo jest największym wyrazem uznania”, jednakże naśladownictwo a kradzież, przedstawianie cudzej własności jako swojej, to niestety dwie różne rzeczy. Przykro mi niezmiernie moi Drodzy, że takie sytuacje mają miejsce, zdaję sobie jednak sprawę, że uniknąć się ich całkowicie w tak zdeprawowanym społeczeństwie nie da. Pozostaje mi jedynie życzyć Wam wszystkim stalowych nerwów, wytrwałości w dążeniu do respektowania Waszych praw autorskim, a tym, których nie dosięgły jeszcze macki plagiatorów – aby nigdy się do Was nie wyciągnęły. W ramach pocieszenia dla siebie i dla Was zapraszam na ciasto mojego dzieciństwa. Czeskie, jak czeski film wokół.

Ciasto czeskie:

ciasto: 3 szklanki mąki
¾ szklanki cukru
250g margaryny
2 łyżki miodu
1 jajko
10 łyżek mleka

Mąkę należy przesiać, dodać cukier, jajko, miód, mleko i posiekaną, bardzo zimną margarynę. Zagnieść z zwartą kulę, owinąć folią i schłodzić minimum 2 godziny w lodówce (ewentualnie pół godziny w zamrażalniku). Rozwałkować na dwie lub trzy blaszki (w zależności jak grube je chcemy) i piec każdą około 9 minut w 180 stopniach na złoty kolor.

masa: 75g kaszy manny
½ l mleka
kopiasta łyżka cukru waniliowego albo łyżeczka esencji waniliowej
6 sporych łyżek cukru
kostka masła

Połowę mleka zagrzać z cukrem i cukrem waniliowym, resztę rozrobić z kaszką. Do gorącego mleka dodać rozrobioną kaszkę i ciągle mieszać aż zgęstnieje. Dobrze schłodzić. Zimną, bardzo gęstą masę stopniowo dodawać do utartego masła i miksować kilka minut.

polewa kakaowa: ½ kostki masła
4 łyżki dobrego kakao
5 łyżek cukru
3-4 łyżki lodowatej wody

Masło rozpuścić na małym ogniu, dodać cukier, kakao i wodę i mieszać do rozpuszczenia.

dodatkowo: słoik powideł śliwkowych



Na blat ciasta wyłożyć po kolei: powidła, masę grysikową, kolejny blat ciasta. Na końcową warstwę ciasta wylać polewę kakaową. Ze względu na zawartość miodu w cieście, najlepiej jest je jeść dopiero drugiego dnia, kiedy składniki się dobrze „przegryzą”. Doskonałe do mocnej, ciemnej kawy.
Z maminego przepisu.


A o tym już niedługo...


środa, 18 kwietnia 2012

Sernik pomarańczowy.

Takie są chwile w życiu człowieka, kiedy zaczyna puszczać nosem bańki wzdychając i prychając na otaczające go zdarzenia mniej lub bardziej od niego zależne. To dobrze, gdyż owe bańki przeczyszczają narzędzie wdychania, wydychania i wyczuwania, co też sprawia, że można na nowo zaciągnąć się świeżym powietrzem. I wtedy tenże człowiek zdaje sobie sprawę z tego, iż nie ma w zasadzie na co wzdychać, prychać i zaczyna doceniać fakt, że nie jest w tak ciemnej dupie w jakiej się sytuował w swych imaginacjach o swoim jestestwie. Zaczyna zauważać swoją szczęśliwość. Zaczyna zauważać szczęśliwość w prostocie.

Często narzekałam, że nie umiem zrobić dobrego ciasta, jednak po kilku udanych próbach wypiekowych (babka, biszkopt...) postanowiłam chwycić się czegoś z wyższej półki. A że pretekstem doskonałym były święta wielkanocne, te minione chwilkę temu, chwyciłam się wtenczas za sernik. Szczerze mówiąc, miałam go tu zamieścić już dawno, ale zawsze było „coś”. Zatem powracam po przerwie świątecznej, mam nadzieję, że nie objedliście się nazbyt przy swoich wielkanocnych stołach i na poniższy sernik według własnej (!) receptury dacie mi się namówić. No chociaż na kawałeczek...?





Sernik pomarańczowy:

spód:
300g herbatników
200g masła

masa:
1kg sera białego dobrze zmielonego
½ szklanki mleka
5 jaj
szklanka cukru
skórka i sok z pomarańczy

Na samym początku przygotowałam spód na dużą tortownicę. Zblendowałam herbatniki, stopiłam masło i połączyłam oba składniki dokładnie ucierając. Gotową masą obłożyłam dokładnie spód i boki formy i włożyłam na godzinę do lodówki. Po jakimś czasie zabrałam się za przygotowanie masy. Ser mleko, cukier, sok plus skórkę z pomarańczy zmiksowałam razem przez około 15 minut (chodzi o to, żeby wszystko było bardzo dokładnie połączone), następnie oddzieliłam białka od żółtek, białka ubiłam ze szczyptą soli, żółtka wmiksowałam w masę, po czym delikatnie, drewnianą łyżką dodawałam ubite białka. Tortownicę wyjęłam z lodówki, wypełniłam masą serową, szczelnie owinęłam podwójną warstwą folii aluminiowej i ułożyłam na większej blasze. Wypełniłam większą blachę wodą tak, aby sięgała mniej więcej połowy tortownicy i piekłam przez godzinę w 180 stopniach. Po godzinie wylałam wodę, uchyliłam piekarnik i pozostawiłam ciasto do powolnego stygnięcia. "Udekorowałam" truskawką, bo tęsknię za latem. Efekt? Musicie sami ocenić :)



 W prezencie jeszcze zdjęcie przedstawiające jak bardzo do dupy mamy pogodę i dlaczego zdjęcia sernika są tak ciemne, mimo że były robione w środku dnia. Brzoza nad małym jeziorkiem z lazurową wodą - jeziorko przy kopalni miedzi o ile się nie mylę w Killarney National Park.Wieje i wszystko się giba jakby tańczyło taniec wirowaniec.

sobota, 31 marca 2012

Babka cytrynowa.



  W tym roku pierwszy raz przygotuję Wielkanoc sama. Trochę mi smutno, nie ukrywam, że moja reszta rodziny będzie w Polsce, a ja tu, ale z drugiej strony pękam z dumy, że w końcu uda mi się krok po kroku stworzyć namiastkę mojej własnej domowej tradycji. Dlatego też aby nie popełnić błędów (znacie mój stosunek do wypieków...) wypróbowałam przepis na babkę cytrynową według telefonicznych wskazówek mojej Mamy. I wiecie co? Wyszła na tyle dobra, że dumna jak paw spacerowałam po domu powtarzając co chwilę do Tomka „i patrz! I to nie drożdżówka!” :) Uwielbiam takie słodko-kwaśne wypieki i dlatego zwieńczyłam moje dzieło cytrynowym lukrem i kandyzowanymi plasterkami cytryny. No pycha! 


Babka cytrynowa według mojej Mamy:
1 kostka masła roztopiona i lekko ostudzona
4 jajka
1 szklanka cukru (najlepiej miałkiego)
1 szklanka mąki pszennej
1/2 szklanki mąki ziemniaczanej
2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
sok i skórka ze sparzonej cytryny

Jajka ubiłam z cukrem, dodając przesiane mąki, proszek do pieczenia sok i skórkę z cytryny. Chwilę ubijałam i dodałam powoli stopione masło, wymieszałam dokładnie na niskich obrotach miksera i przelałam do wysmarowanej i wysypanej bułką tartą formy. Piekłam w 180 stopniach przez niecałe 45 minut.


Lukier:
sok z dwóch cytryn
1 cytryna pokrojona na cieniutkie plasterki
4 łyżki zimnej wody
¼ szklanki cukru

Sok, wodę i cukier umieściłam w rondlu i podgrzałam na małym ogniu do rozpuszczenia cukru. Włożyłam plasterki cytryn i czekałam aż skórka z nich stanie się przeźroczysta, od czasu do czasu potrząsając garnkiem. Gdy cytryny były gotowe ułożyłam je na ostudzonej babce i polałam całość lukrem.

Przepis dołączyłam do akcji:
Wielkanocne Smaki 2
Babki i babeczki

niedziela, 20 marca 2011

Przedwojenny tort makowy i niespodzianka od Grażyny

Czasami wydaje mi się, że nigdy się nie ogarnę i już zawsze pozostanę taka zakręcona jak korkociąg… Owszem, miałam wczoraj chęci, aby zamieścić wpis, jednakże zapomniałam wziąć do Rodziców nie tylko komputera, ale także torebki, a co za tym idzie pozostałam bez portfela, dokumentów i co najważniejsze – kluczy… Toteż teraz, gdy już jestem z powrotem szybciuteńko nadrabiam.

Co najważniejsze muszę się pochwalić swoją nagrodą, którą dostałam od Grażyny – fenomenalnie pysznymi i chrupkimi chipsami jabłkowymi (zdjęcie jedyne, bo zaraz je z Mamą Walentyną wsunęłyśmy), za które Grażynko Ci serdecznie dziękuję i zapewniam Cię, że pyszniejszych chipsów nie jadłam!

U mnie w rodzinie najlepsze torty piekła Babcia Wisia, która przed wojną praktykowała cukierniczo w cukierni Bliklego, skąd wyniosła niesamowite umiejętności w pieczeniu słodkości. Późniejsze próby naśladowania Babci podjęła ciocia, ale mimo iż jej to całkiem wychodziło, nie było to TO COŚ. I może to, co chcę teraz napisać zabrzmi wyjątkowo subiektywnie, to uważam, że moja Mama Walentyna właśnie TO COŚ w tym swoim wypieku umieściła. Poniższy przepis dostałam od Mamy Walentyny z nieskrywaną niechęcią, ponieważ to taka nasza rodzinna tradycja, jednakże dzielę się nim z Wami, dlatego że wiem, iż trafia on właśnie w bardzo godne tego ręce.

8 jaj

25 dag cukru pudru

25 dag maku

łyżka maki pszennej

łyżka maki ziemniaczanej

olejek migdałowy i/lub łyżka kakao

łyżeczka proszku do pieczenia

Mak należy sparzyć wrzątkiem, odcedzić i zmielić 3 razy. Utrzeć go, a następnie utrzeć tez żółtka z cukrem pudrem. Białka ubić na sztywną pianę. Mak połączyć z mąką i resztą produktów, po czym mieszać najlepiej drewnianą łyżką, aż ciasto uzyska gładką konsystencję. Do wysmarowanej tłuszczem i wysypanej bułką tartą tortownicy wlać ciasto i wsadzić do nagrzanego na 160 stopni piekarnika na nieco ponad godzinę.

Masa kakaowa:

3jajka

2 szklanki cukru pudru

kostka masła

łyżka kakao

Żółtka wraz z cukrem pudrem ucierać nad parą, gdy ostygną zmiksować z masłem i łyżką kakao, ostudzić.

Poncz:

sok z 3 cytryn

2 łyżki cukru pudru

¼ szklanki przegotowanej wody

Sok wymieszać z cukrem pudrem i powoli dodawać wodę tak aby uzyskać lekko słodko-kwaśny płyn.

Gdy ciasto się upiecze i ostygnie przecinamy je za pomocą cienkiej nitki w poprzek na 3 płaty, które nasączamy ponczem i przekładamy masą. Dekorujemy tak jak nam się to tylko podoba i wstawiamy na godzinę do lodówki. Wyciągamy, zanosimy do solenizanta/solenizantki, śpiewamy sto lat! i doskonale się bawimy :)

niedziela, 9 maja 2010

Babka z kartofli wypiekana w piecu.


Pomimo wiosny, albo właśnie z jej powodu, tchnęły mnie wspomnienia. Dziwnie majowa nostalgia. Męczy mnie miasto, choć większość swojego życia spędziłam właśnie w nim. Może to przez dzisiejszy spacer po Stobrawskim Parku Krajobrazowym, może przez moją tęsknotę do tych, których nie ma. A może po prostu moje serce wie, gdzie jest moje miejsce, lepiej ode mnie… Namawiam Łasucha do wyprowadzki na zabitą dechami wiochę. I prawie namówiłam. Tylko musimy ukończyć studia, czyli jeszcze rok. Tęsknię za wieczornym zapachem wsi, trawy, strumieni (tak! strumienie pachną!), rumianku, bydła i wilgotnej ziemi. Tęsknie za prostotą, delektowaniem się życiem o zachodzie i spracowaniem rąk od świtu do zmierzchu. Beczkami kiszonych ogórków i kapusty, słojami zacukrzonych owoców, płóciennymi workami pełnymi suszonych grzybów… Wspominałam z mamą Walentyną babcine smakołyki z rodzinnego domu. I jej opowieści jak po wojnie sadziła cebulę do góry nogami, twardo nie przyznając się do swojego herbowego pochodzenia…

Ach, cóż Wam będę smęcić moi mili. Pochwalę się dzisiejszym kolacyjnym dziełem, zaczerpniętym z „Uniwersalnej książki kucharskiej” Maryi Ochorowicz-Monatowej, pozostałej po mojej babci, tej tatowej z kolei.


„Babka z kartofli wypiekana w piecu. Kartofle utrzeć z cebulą i masłem, nałożyć do rondelka wysmarowanego masłem i wysypanego bułką i wypiec w gorącym piecu przez dobre pół godziny, aby się z pod spodu i z boku zrumieniły na złoty kolor. Podając do mięsa wyrzucić tę babkę na salaterkę lub półmisek.”

Marya Ochorowicz-Monatowa, "Uniwersalna książka kucharska", Warszawa 1910


Od siebie dodałam jeszcze jajko, łyżkę mąki ziemniaczanej, sól i majeranek – bo lubię. Można zrobić ją zarówno z ugotowanych, jak i surowych ziemniaków, jednak przy tej drugiej opcji należy ja piec do momentu aż się zazłoci, jakieś 1,5 do 2 godzin w nagrzanym do 200 stopni piekarniku. Świetnie smakuje z kwaśną śmietaną, gulaszem, czy sosem z grzybów oraz jako dodatek do mięs. Idealne na nostalgiczne wieczory szyte wspomnieniami.