poniedziałek, 24 grudnia 2012

Wesołych Świąt!

Z okazji Bożego Narodzenia życzę Wam wszystkim wszystkiego, co najpiękniejsze oraz smacznego każdego dnia w nadchodzącym Nowym Roku!




P.S. Wybaczcie nieobecność, wytłumaczę się po Nowym Roku :)

czwartek, 27 września 2012

Tort grejpfrutowo-różany.

Kompletnie nie mam na nic czasu. Gdy już ten czas gdzieś znajdę to, kompletnie nie mam na nic siły. I tak w kółko. Nie to, że nie gotuję. Gotuję, piekę, przetwarzam, chomikuję na zimę. Ale w chwili, gdy mogę spokojnie usiąść ostatnie czego mi trzeba to komputer na kolanach. Po prostu kładę się na kanapie z kubkiem herbaty i odpoczywam, nie robiąc nic.
Ostatnio przy okazji pieczenia pasztetu i pieczeni rzymskiej do chleba, stwierdziłam, że wielką przyjemność zrobiłby mi zapach pieczonego ciasta. Potrzebuję jakoś ostatnio takiej domowej atmosfery. Może to jesień, może zmęczenie. Dużo piekę ostatnio, jakiś piernik, jakiś sernik, to wszystko zostaje wchłonięte w tempie tak szybkim, że nawet niekiedy nie zdążę zrobić zdjęcia. Jedyne co udało mi się ostatnio sfotografować oraz co bardzo przypadło Tomaszowi i mi do gustu to taki tort bez okazyjny, ale bardzo odświętny – tort grejpfrutowo-różany. 



Tort grejpfrutowo-różany:

Biszkopt: 3 jajka
¾ szklanki mąki pszennej
¼ szklanki mąki ziemniaczanej
¾ szklanki cukru
½ łyżeczki proszku do pieczenia
skórka z dużego grejpfruta
szczypta soli

Białka oddzielić od żółtek, ubić ze szczyptą soli, stopniowo dodawać żółtka, następnie przesiane mąki, proszek do pieczenia, skórkę z grejpfruta i cukier. Okrągłą formę wyłożyć papierem do pieczenia na dnie, boków nie smarować. Piec przez 20-25 minut w temperaturze 180 stopni.

Krem: ½ litra mleka
4 łyżki cukru
1 łyżka mąki ziemniaczanej
2 łyżki wody różanej
kostka masła

Mleko zagotować z cukrem (odlać pół szklanki przed zagotowaniem) i wodą różaną. W odlanym mleku porządnie rozmieszać mąkę i wlewać do zagotowanego mleka ciągle mieszając. Zostawić do przestygnięcia. Masło utrzeć mikserem, dodawać po łyżce wystudzonej masy i ucierać aż powstanie gładki krem.

Poncz: ½ szklanki mocnej herbaty z pączkami róży

Dekoracja: skórka z grejpfruta.



Biszkopt po upieczeniu przekroić na pół, każdą połówkę nasączyć herbatą. Przełożyć połową kremu, drugą połową udekorować i posypać finezyjnie skórką z grejpfruta :) that’s all folks!
  

 
 Tajemnica zaginionego kawałka: godzina 23:00 - "Mogę już to ciasto?" "A może poczekasz do rana, aż zrobię kilka zdjęć?" "Nie." - The End.

piątek, 31 sierpnia 2012

Lubię. Ciasto kakaowe z gruszkami.


  Lubię jesień. Choć zbyt często rozdziela trudnym do zniesienia deszczem, lubię ją inaczej niż inne pory roku. Lubię chować się myślami w porannych, zimnych i gęstych mgłach, lubię patrzeć jak z dnia na dzień, niby dynamicznie, a jednak jakby sunąc powoli liście i trawy zmieniają barwy żeby potem opaść. Najbardziej jednak lubię jej zapach. Wydaje się być niemal magiczny, niezauważalny jak gdyby nie istniał, a jednak da się go wyraźnie wyczuć, wypełnić nim płuca po brzegi, odetchnąć i mruknąć „Już jesień…”. Uczy mnie szacunku do czasu, przyzwyczaja do przemijania i wypełnia nadzieją na kolejną wiosnę. Lubię jesień.
Lubię kosze pełne rumianych jabłek, ciemnych śliwek i złotych, lekko zawstydzonych gruszek. Zimnych, bo dotkniętych porannym chłodem, chrupiących i tryskających sokiem na wszystkie cztery strony świata, w tym na brodę zwłaszcza. Lubię chować się przed chłodem z różowymi policzkami w ciepły koc. Koniecznie z kubkiem herbaty i koniecznie z czymś słodkim, najlepiej łączącym wszystkie „lubię” w jedną całość.


Ciasto mocno kakaowe z gruszkami:
250g mąki pszennej
250g cukru
3 jajka
350g miękkiego masła
2 łyżeczki proszku do pieczenia
4 kopiaste łyżki kakao
6 łyżek mleka
½ łyżeczki mieszanki przypraw do piernika (gałka muszkatołowa, goździki, cynamon i ziele angielskie)
1kg mocno dojrzałych żółtych gruszek
Gruszki obrałam, wydrążyłam i poukładałam na dnie okrągłej, wysmarowanej masłem foremki. Wszystkie składniki zmiksowałam ze sobą na dosyć rzadką (ale nie przesadnie) masę, zalałam nią gruszki i wstawiłam do nagrzanego na 250 stopni piekarnika. Piekłam tak 5 minut, następnie zmniejszyłam temperaturę do 180 stopni i piekłam kolejne 45 minut. Po wyjęciu i ostygnięciu przełożyłam ciasto na tacę gruszkami do góry i porządnie udekorowałam polewą.


Polewa kakaowa:
200g masła
10 łyżek cukru
5 łyżek kakao
5 łyżek bardzo zimnej wody
Masło roztopiłam w rondelku na średnim ogniu, wsypałam cukier i kakao i mieszałam do rozpuszczenia, następnie dodałam wodę, zdjęłam z ognia i mieszałam aż się wszystko dobrze połączy. Zostawiłam na kilka minut do ostygnięcia i udekorowałam wierzch ciasta.


 Przepis jest inspirowany ciastem czekoladowym Nigelli Lawson z książki „Nigella ekspresowo”, jednak dokonałam sporych modyfikacji, zatem jest bardziej „mój”. 



środa, 15 sierpnia 2012

Nie karm mnie wegietą! Sos słodko-kwaśny na zimę.

  Nigdy nie ukrywałam swojej niechęci do gotowych mieszanek przyprawowych wzbogacanych polepszaczami smaku, wegiet i maggików wszelkiej maści. Nie to, żebym była ortodoksyjną działaczką na rzecz naturalności, tudzież ukrytą sabotażystką wielkich koncernów żywnościowych. Po prostu nie uważam, aby ich smak był czymś godnym wpychania ich w każde możliwe danie. Pamiętam jak kiedyś na pewnej rodzinnej imprezie widziałam ciocię, gospodynię domostwa, krojącą pomidory. Zważywszy na to, że posiadali (i zapewne posiadają nadal) sporych rozmiarów ogród, jak można się łatwo domyśleć, ślinka ciekła mi na myśl o rzeczonych pomidorach ze szczypiorkiem, czy cebulą. Musielibyście widzieć moją minę, kiedy na stół wjechały (jako jedyna zresztą jarzynka) dorodne, czerwone i słodkie pomidory szczodrze oprószone niczym innym jak popularną żółtą przyprawą do zup i czego się da…  no spróbowałam, ale szczerze mówiąc szału nie było. Takie tam pomidory z rosołem z kostki. Faszerowana przez Rodziców od dziecka warzywami i ziołami z domowego ogródka, jedyne na czym mi wtedy zależało to odrobina zielonego szczypiorku – przecież to do cholery niewiele. Na szczęście imprezy u wujostwa umarły śmiercią naturalną, jednak mój wstręt do tego typu dodatków pozostał ciągle żywy. I tu widzimy główny powód mojej niekrytej niechęci – zazdrość. Moja miłość do naturalnych składników, długo gotowanych zup, esencjonalnych sosów, suszonych ziół, warzyw i owoców pozwoliła mi poczuć zagrożenie wobec popularnych sztucznych i szybkich substytutów. Uważam nawet swoje obawy za uzasadnione, bowiem niemalże w każdym domu gotowanie rosołu jest dziś przyspieszone, a jego kolor to już niestety nie kwestia dobrej kury i warzyw. No ale nie czarujmy się, nie każdy chce wiedzieć co je i nie każdemu chce się bawić w gotowanie od A do Z, więc w zakresie kuchni domowej mnie to nie rusza, póki mnie nie dotyczy. Wolnoć Tomku w swoim domku. Jednak w kwestii restauracji, chcecie czy nie, będę grzmieć i huczeć przeciwko wszelkiej maści ulepszaczom. No powiedzcie sami – wybieracie się od wielkiego dzwonu do restauracji, otwieracie kartę, zamawiacie najbardziej pasujące Wam danie, dostajecie je, a w nim? To wszystko, co możecie sami otworzyć, wsypać na wrzątek, zamieszać i to za jedyne dwa złote pięćdziesiąt groszy. Tyle, że w takiej pseudo restauracji płacicie za to dwadzieścia pięć złotych i ma Wam smakować, czy chcecie, czy nie. Moim zdaniem w dobie wszechobecnych produktów „smakopodobnych” powszechnie stosowanych w codziennym menu większości społeczeństwa, restauracje powinny być wykładnią dobrej kuchni, opartej jedynie i wyłącznie na naturalnych składnikach i metodach pozwalających wydobyć z potraw smak, jaki w całości mają do zaoferowania. Może i jestem niesprawiedliwa, nie obchodzi mnie to. Może nie mam racji, bo przecież gastronomia to ciężki biznes. Ale domagam się, aby wszystkie lokale, które chcą się poszczycić mianem restauracji nie ważyły się używać tzw. chemii w swoim jedzeniu. Domagam się możliwości wyboru pomiędzy jedzeniem ze sztucznymi dodatkami, a tym bez. Domagam się również informowania mnie o tym, co jem, a może wtedy mając wybór każdy będzie zadowolony – komu nie przeszkadza glutaminian, benzoesan i inne będzie zadowolenie wcinał wszystko, kto nie chce tego kupować i spożywać będzie wiedział, których miejsc unikać. A siłą rzeczy nie wydaje mi się, aby branża gastronomiczna miała na tym stracić.

   Z domu zawsze przywożę rzeczy, które zapewne celników prześwietlających mój bagaż doprowadzają do palpitacji serca – kilogramy pomidorów w pudełkach, papryki, wielkie siatki fasolki szparagowej, wędliny, sery, a nawet pietruszkę i seler. Przekładając i porządkując wczoraj moje ledwo rozpakowane zdobycze zmartwiłam się, że cieszyć się będę nimi najwyżej kilkanaście dni, do kilku tygodni. Wtedy też wpadłam na pomysł zamknięcia tych cudów (tak, dla mnie polskie pomidory to cud) w słoikach, w formie, w której najczęściej je zajadamy. Tak też w mojej dzisiejszej pracowni przetworowej od bladego świtu powstały trzy wielkie garnki w temacie pomidorowym, a zamrażarka już od wczoraj wzbogaciła się w trzy kolory zblanszowanej fasolki. Pragnę podzielić się z Wami przepisem na sos słodko-kwaśny, który w tym roku wypróbowałam po raz pierwszy w życiu, który został zainspirowany przepisem Panny Malwinny, jednak trochę się od niego różni. Polecam spróbować w tej wersji, ale również wersja oryginalna na blogu Filozofia Smaku jest godna uwagi.

Sos słodko-kwaśny na zimę:
1,5kg pomidorów
3 duże papryki (u mnie biała i zielona)
5 cebul
4 średnie marchewki
puszka ananasa
ząbek czosnku
1/2 łyżeczki chilli mielonego, papryki słodkiej, curry i pieprzu czarnego
2 łyżki jasnego sosu sojowego
2 czubate łyżki cukru
75ml octu spirytusowego 10%
łyżka soli
łyżeczka mąki ziemniaczanej

Pomidory, paprykę, marchew i cebulę pokroiłam w średniej wielkości kawałki i zasypałam łyżką soli. Odstawiłam na godzinę, po czym zlałam wypuszczony przez warzywa sok. Warzywa wrzuciłam do garnka i gotowałam 20 minut na wolniutkim ogniu. Dodałam ananasa pokrojonego na kawałki (sok z niego odłożyłam na później), ocet, sos sojowy, cukier i przyprawy. Gotowałam przez kolejne kilka minut po czym z ananasowego soku i mąki ziemniaczanej zrobiłam tzw. zaklepkę i dodałam ją do garnka z sosem. Zagotowałam, dosoilłam do smaku, wpakowałam w słoiki układając je do góry dnem, aby pokrywki się wklęsły i byłam z siebie bardzo zadowolona :) 
Mój kawałek lata :)

Na koniec zapraszam Was na mały spacer po ogródku moich Rodziców, z którego pochodzi większość składników użytych w przepisie (no, ananasa jeszcze tam nie wyhodowano;]). To tylko kilka z wielu różnych roślin żyjących na tym małym kawałku ziemi:


Odmian winogron jest tu około dziesięciu, część w szklarni, część na otwartym słońcu.

Kiwi, odmiana "Piccollo"

Jeden z niewielu pozostałych kwiatków nasturcji - resztę zjadły moje Siostrzenice :)

Ten ma korzenny smak, Siostra moja Aga robi go z cukrem pudrem w rumie - pycha.

Kusząca, ale cierpka aronia.

Pomidor odmiany tygrysiej.

Niestety nie doczekałam aż śliwki dojrzeją...

Borówka amerykańska.

Moje ulubione malinówki, najlepsze pod koniec zimnego września.

wtorek, 24 lipca 2012

O plagiatach słow kilka i ciasto czeskie na osłodę.

Największym społecznym błędem komunizmu była wspólna własność. Choć to pozornie niewidoczne, poprzez pięćdziesiąt lat zatarły się w polskim społeczeństwie istotne cechy jak poczucie odpowiedzialności, własności i współzależności, miast tego doskonale wykształciły się obojętność oraz poczucie bezradności. Jednak najgorszym co mogło się z tego urodzić jest kompletnie zniekształcone i ubogie pojęcie kradzieży – przekonanie, że jeśli jest dostępne, to jest do wzięcia, przywłaszczenia, kompletnie nie kojarzone z niczym niemoralnym. I choć wiele ludzi wiodących dorosłe, samodzielne życie nie ma dziś już nic wspólnego z minionym ustrojem, wzorzec wykształcony i powielany przez lata, powszechne „olewatorstwo” i wybiórcza śpiączka sumienia odbija się jak stempel na czole społeczeństwa. Dlaczego o tym? Być może dlatego, że przepełnia mnie rozgoryczenie traktowaniem blogerów i ich własności intelektualnej, jakie można zobrazować ostatnio wydaną książką kucharską pewnej znanej już pani, całkowicie splagiatowaną kilku blogów kulinarnych, albo dzisiejszym moim znaleziskiem, którym jest zdjęcie z mojego bloga, z moim przepisem, niestety bez mojego podpisu… Powszechne przekonanie, że jeżeli coś jest w Internecie to jest publiczne, a jeżeli jest publiczne to jest wszystkich i ZA DARMO przyprawia mnie o mdłości i palpitacje serca. Jakże wiele wysiłku musi kosztować wklepanie do przypisów kilku adresów stron internetowych, napisanie kilku maili z prośbą o pozwolenie na wykorzystanie czyjegoś wytworu? Zapewniam, że w moim przypadku telefon czy email z zapytaniem o wykorzystanie mojego zdjęcia, tekstu, przepisu zajmuje mniej czasu i energii, niż przerabianie w programie do obróbki graficznej i ucinanie adresu źródłowego ze zdjęcia, mało tego, jeśli komuś ogromnie mocno zależy na czasie, jestem w stanie wyrazić zgodę  na pożyczenie mojego dzieła szybciej niż wklepuje się ctrl+c i ctrl+v.
Moja ukochana Ania Shirley mawiała, że „naśladownictwo jest największym wyrazem uznania”, jednakże naśladownictwo a kradzież, przedstawianie cudzej własności jako swojej, to niestety dwie różne rzeczy. Przykro mi niezmiernie moi Drodzy, że takie sytuacje mają miejsce, zdaję sobie jednak sprawę, że uniknąć się ich całkowicie w tak zdeprawowanym społeczeństwie nie da. Pozostaje mi jedynie życzyć Wam wszystkim stalowych nerwów, wytrwałości w dążeniu do respektowania Waszych praw autorskim, a tym, których nie dosięgły jeszcze macki plagiatorów – aby nigdy się do Was nie wyciągnęły. W ramach pocieszenia dla siebie i dla Was zapraszam na ciasto mojego dzieciństwa. Czeskie, jak czeski film wokół.

Ciasto czeskie:

ciasto: 3 szklanki mąki
¾ szklanki cukru
250g margaryny
2 łyżki miodu
1 jajko
10 łyżek mleka

Mąkę należy przesiać, dodać cukier, jajko, miód, mleko i posiekaną, bardzo zimną margarynę. Zagnieść z zwartą kulę, owinąć folią i schłodzić minimum 2 godziny w lodówce (ewentualnie pół godziny w zamrażalniku). Rozwałkować na dwie lub trzy blaszki (w zależności jak grube je chcemy) i piec każdą około 9 minut w 180 stopniach na złoty kolor.

masa: 75g kaszy manny
½ l mleka
kopiasta łyżka cukru waniliowego albo łyżeczka esencji waniliowej
6 sporych łyżek cukru
kostka masła

Połowę mleka zagrzać z cukrem i cukrem waniliowym, resztę rozrobić z kaszką. Do gorącego mleka dodać rozrobioną kaszkę i ciągle mieszać aż zgęstnieje. Dobrze schłodzić. Zimną, bardzo gęstą masę stopniowo dodawać do utartego masła i miksować kilka minut.

polewa kakaowa: ½ kostki masła
4 łyżki dobrego kakao
5 łyżek cukru
3-4 łyżki lodowatej wody

Masło rozpuścić na małym ogniu, dodać cukier, kakao i wodę i mieszać do rozpuszczenia.

dodatkowo: słoik powideł śliwkowych



Na blat ciasta wyłożyć po kolei: powidła, masę grysikową, kolejny blat ciasta. Na końcową warstwę ciasta wylać polewę kakaową. Ze względu na zawartość miodu w cieście, najlepiej jest je jeść dopiero drugiego dnia, kiedy składniki się dobrze „przegryzą”. Doskonałe do mocnej, ciemnej kawy.
Z maminego przepisu.


A o tym już niedługo...


wtorek, 17 lipca 2012

Szaszłyki z wołowiny.

Pogoda jest tak paskudna, że odliczam dni do wakacji w Polsce jak małe dziecko odlicza dni do urodzin. Ratujemy się z Łasuchem porządnymi, gorącymi i ostrymi daniami, dosładzamy sobie życie drożdżówką z rabarbarem, a widząc przebłyski słońca wypadamy z domu jak strzały w kierunku parku, gór, oceanu czy jezior. Kiedyś wydawało mi się, że pogoda nawet jeśli ma wpływ na człowieka, to niewielki i jest to raczej psychologiczna zagrywka ludzkiego nieokrzesanego umysłu, jednak teraz, tkwiąc w szarościach za oknem i z trudem odróżniając dzień od nocy jestem absolutnie pewna, że słońce jest nieodłącznym składnikiem dobrego samopoczucia.
W Irlandii zachwyca mnie przywiązanie do lokalnych produktów, ich łatwa dostępność i jakość. Fenomenalne jest dla mnie to, że mogę wybrać z której farmy, z którego ogrodu są produkty, jakie kładę na swój stół. Częściej też sięgam po różne rodzaje mięs, ryb czy owoców morza, które w Polsce omijałam szerokim łukiem, a to ze względu na cenę, a to ze względu na niewiadome pochodzenie. A szkoda, bo Polska jest krajem, który od wieków mógł się poszczycić wspaniałą żywnością, doskonałymi serami, mlekiem, wspaniałym drobiem czy dziczyzną – jednym słowem, jest się czym pochwalić i z czego korzystać. Tylko dziwnym trafem rodzime produkty znikają stłamszone przez te tańsze, modniejsze, zagraniczne.  Ech, Do kraju tego… tęsknię do domu.

Szaszłyki z wołowiny:
 
½ kg wołowiny bez kości (najlepiej troszkę tłustszej części)
2 gałązki rozmarynu
skórka i sok z cytryny
2 czerwone papryczki chilli
2-3 łyżki ziaren zielonego pieprzu
4 ząbki czosnku
½ szklanki oliwy z oliwek
sól

Wołowinę myjemy i kroimy w kostkę wielkości 2x2 cm, układamy w niewielkim naczyniu. Pozostałe składniki (za wyjątkiem soli) drobno siekamy i mieszamy ze sobą tworząc marynatę, którą zalewamy mięso. Całą miksturę szczelnie przykrywamy i wkładamy do lodówki na minimum 12 godzin. Tuż przed grillowaniem mięso solimy i nadziewamy na namoczone wcześniej w zimnej wodzie patyczki do szaszłyków. Grillujemy w zależności od upodobań – ja dostaję ataku paniki na widok krwistego mięsa, więc obsmażałam je po 6 minut z obydwu stron, co chwilę podlewając marynatą lekko rozcieńczoną wodą. Podałam z ryżem, ale doskonale sprawdzi się z pieczonymi ziemniaczkami, a nawet w bagietce z odrobiną ostrej musztardy.
 
Ach, ten zalotny rozmaryn na gałce ryżu...

Jeden ze sposobów na szarość - rysunek na murze obok Katedry N.M.P. w Killarney
Krowy rasy Angus pasące się w parku narodowym - najlepsza i najczęściej spotykana wołowina.
Pozory trzeba zachować - Łasuch (znany również jako Tomasz) udaje, że świeci słońce :)

środa, 20 czerwca 2012

Skrzydełka słodko-pikantne

Komputer dalej mi zdycha, więc muszę korzystać z pożyczonego, ale mam taki nawał zaległych przepisów, którymi koniecznie chcę się podzielić, że po prostu musiałam wygospodarować chwilę i użyć kilku kombinacji aby napisać chociaż dwa słowa. 


Często przygotowujemy z Łasuchem coś na wieczór z przyjaciółmi i rzadko kiedy wpadam na pomysł aby to tu zamieścić. No ale tym razem już się przypilnowałam i voilla! Przepis, który Wam dzisiaj zaprezentuję na tyle przypadł nam do gustu, że zdecydowanie powtórzymy go jeszcze w tym tygodniu, bo oboje byliśmy mocno zaskoczeni oryginalnym i uzależniającym smakiem tych skrzydełek.


Skrzydełka słodko-pikantne:
1kg skrzydełek z kurczaka
marynata:
4 łyżki sosu sojowego
4 łyżki syropu klonowego
½ łyżeczki sproszkowanego imbiru
1 płaska łyżka sproszkowanego chilli
1 łyżka oleju sezamowego
sok z połowy cytryny

Składniki marynaty dokładnie połączyć w dużej misce i włożyć do niej umyte skrzydełka, wymieszać, przykryć folią i włożyć do lodówki na minimum godzinę. Nagrzać piekarnik do 180 stopni i piec w nim skrzydełka, ciasno ułożone w naczyniu żaroodpornym przez 30-40 minut. Gotowe :)

My zjedliśmy z pieczonymi młodymi ziemniaczkami i cebulką, posypanymi suszonym cząbrem oraz z surówką z kapusty, ale w wersji imprezowej podajemy obok bagietki albo chleba i też jest pysznie.


wtorek, 29 maja 2012

Przerwa techniczna.

Chciałam dobrze, a wyszło jak zwykle. Przerwa techniczna, komputer się przekręcił. Sori maj friends.

poniedziałek, 21 maja 2012

Dorsz w jogurtowym beszamelu.


Choć jestem córką zapalonego wędkarza i z rybami mam do czynienia od dziecka, istnieje tak naprawdę niewiele sposobów, na które je jadłam. Być może dlatego, że z niewiadomych przyczyn rzadko po nie sięgam (chociaż trzeba tu zaznaczyć, że aktualnie mieszkam praktycznie nad oceanem, gdzie ryb wszelakich jest od groma), być może dlatego, że moim zdaniem rybę łatwo spieprzyć. Poza tym kocham smak ryb samych w sobie do tego stopnia, że bardziej wyraziste dodatki w rybnych daniach przyprawiają mnie jedynie o niepohamowane napady złości. Na ten przykład jak zachwycam się łososiem w ziołach prowansalskich, tak szlag mnie trafia gdy widzę makrelę w pomidorach, albo nieszczęsną „rybę po grecku”, która z Grecją ma tyle wspólnego, co ja z baletem. Nie lubię i już. Ciężkim więc wyzwaniem dla mnie jest wzbogacić swoją dietę o ryby wszelkiej maści tak, aby nie stały się dla mnie monotonne i nie przekraczały moich ściśle określonych barier bzdurnej awangardy smakowej, stąd też staram się delikatnie komponować przyprawy do poszczególnych gatunków ryb. 
W ten oto sposób powstał ten nieco zachowawczy przepis na dorsza zapiekanego w jogurtowym „beszamelu”, który o dziwo z czosnkowo-cytrynowym brokułem całkiem mocno przypadł mi do gustu.

Dorsz w jogurtowym beszamelu:

4 kawałki filetów z dorsza
250ml naturalnego jogurtu
szczypta mąki żytniej razowej
kopiasta łyżeczka palonej gałki muszkatołowej
sól i świeżo mielony pieprz
2 łyżeczki startego parmezanu

Rozgrzałam piekarnik do 200 stopni. Jogurt wymieszałam z solą, pieprzem i gałka muszkatołową, a na głębokiej patelni przyprażyłam mąkę. Patelnię zdjęłam z ognia, odczekałam minuta i wlałam jogurt z przyprawami cały czas mieszając, aby nie powstały grudki. Dwa małe naczynia do zapiekania wylałam połową jogurtu, na którym ułożyłam rybę i przykryłam pozostałym jogurtem oraz posypałam parmezanem. Zapiekałam około 15 minut, ale im grubsze filety, tym dłużej należy rybę w piekarniku przytrzymać. Podałam z brokułem polanym sokiem cytrynowym i posypanym drobniutko posiekanym ząbkiem czosnku.
 


czwartek, 17 maja 2012

Pizza na chlebku pita.

Dietowanie dietowaniem, ale ochota na pizzę sama nie przejdzie. Jedyne wyjście z sytuacji to uruchomić szare komórki w strefie kombinatorskiej i obciąć, dodać, ująć, zmodyfikować. Tym sposobem stworzyć nowe przepyszne (i zbytnio nie odbiegające smakiem od oryginału) dzieło. Jak nasz dzisiejszy obiad, szybki w przyrządzeniu i zupełnie rozpieszczający podniebienie – pizza na chlebku pita.



Pizza na chlebku pita:

4 pełnoziarniste chlebki pita (użyłam gotowych, ale dobrej jakości)
puszka pieczarek w zalewie solnej
garść oliwek
pół małej cebuli
nieduże zielone chilli, bez pestek, pokrojone w cienkie paseczki
sos do pizzy (przepis podałam już tutaj)
2 kule mozzarelli

Nagrzałam piekarnik do 200 stopni na funkcji grillowania. Na kratce ułożyłam pity, skropiłam ich wierzch wodą i włożyłam do rozgrzanego piekarnika na dwie minuty. Wyjęłam je i przecięłam w pół, każdą połówkę posmarowałam sosem, obłożyłam dodatkami i na nowo ułożyłam na kratce. Piekłam do momentu roztopienia się sera, nie jestem pewna ile to dokładnie trwało, ale na pewno nie więcej niż chwilkę. Wyjęte i jeszcze gorące pizze wsuwaliśmy polane jogurtem czosnkowym (jogurt, czosnek, sól) i uszczęśliwiliśmy tym nasze wiecznie głodne brzuchy, że ho ho!


Postanowiłam dzielić się z Wami moimi codziennymi wymysłami na potrzeby sytuacji częściej, dlatego też już teraz zapraszam na ogniste curry, łososia na szpinaku i inne, które pojawią się na blogu w niedługim czasie :) Póki co dziękuję wszystkim za komentarze i odwiedzanie mojej strony, fajnie, że tu zaglądacie :)


wtorek, 15 maja 2012

"Bitki" sojowe w sosie myśliwskim.

Niekiedy wydaje mi się, że moje życie tańczy tango. Sunie powoli i obiecująco, po czym z mocnym przytupem prędko się oddala, by za chwilę znowu wrócić do rozleniwionej postaci. Tak oto przez ten miesiąc rzuciłam mało obiecującą pracę, wybrałam się na całe pięć dni do upalnej Polski, wróciłam do krainy wiecznego deszczy zahaczając niemalże o depresję. Obecnie znowu wszystko zmierza ku górze, ale jak wiadomo za lekko być nie może, zatem po kamienistej drodze. Albo się z tym pogodzić, albo leżeć i płakać.
Obserwując swoje ciało, jeszcze kilka dni temu nie wydawałam się być zadowolona. Nie chodzi tu bynajmniej o jego masę, z którą mniej lub bardziej się już pogodziłam, ale o jego stan zdrowotności. Nie będę się czarować, że tryb życia, który prowadziłam nie miał na to wpływu. Miał i to, niestety, kluczowy. Zatem postanowiłam zdecydowanie zmienić sposób swojego odżywiania, trybu funkcjonowania itd. itp. Poczytałam sobie o diecie (tak! o diecie! - tego jeszcze nie grali...) zgodnej z grupą krwi. I o dziwo, bardzo mi się ona spodobała, co więcej znalazłam w niej uzasadnienie wielu zachowań mojego organizmu w stosunku do niektórych produktów spożywczych, jak np. mleko. W dodatku nie wymaga ona w zasadzie żadnych ścisłych wyrzeczeń (bo wyrzeczeniom to ja niestety, ale mówię „nie!”), a pobudza moją wyobraźnię do działania. Zatem, jako że mamy z Łasuchem oboje grupę krwi A, zwiększyłam ilość białek niezwierzęcych, odrzuciłam czerwone mięso, masło, mleko w postaci nieprzetworzonej i co najważniejsze, ale już dodane od siebie samej, nie obżeram się batonikami jak opętana. Póki co od pięciu dni nie widzę drastycznych zmian (szczerze się ich nawet nie spodziewam), jednak moja skóra, włosy, paznokcie zaczynają wyglądać zdrowiej, mam więcej energii i dobrze sypiam. Albo to siła autosugestii, albo rzeczywiście to działa. Do czego zmierzam, pragnę przedstawić Wam kilka przepisów, które wykombinowałam na potrzebę naszych codziennych obiadów, śniadań i kolacji i od razu zastrzegam, że są one związane tylko i wyłącznie z naszymi upodobaniami podciągniętymi nie pod to „co powinniśmy jeść”, ale to „czego dobrze by było unikać”. Nigdy nie powiedziałabym, że będzie to takie proste i ciekawe. Zapraszam do mojego eksperymentu :)

Wczorajszy obiad nazwaliśmy „bitkami sojowymi w sosie myśliwskim”, ale tak naprawdę to po prostu zwyczajne, nieco nudne kotlety sojowe z całym zapałem tej nudy pozbawione:

8 kotletów sojowych
5 ziaren jałowca
2 ząbki czosnku
4 suszone kapelusze prawdziwków
szklanka wody
łyżeczka soli
1,5 szklanki mocnego naparu z wędzonej herbaty
trochę mąki żytniej
łyżka oleju słonecznikowego
łyżeczka jogurtu naturalnego


Kotlety włożyłam do miski z posiekanym czosnkiem, kapeluszami grzybów i zmiażdżonym jałowcem, zalałam szklanką gorącej wody, posoliłam i odstawiłam na pół godziny. Dobrze namoczone kotlety odcisnęłam i każdy z osobna obtaczałam w mące żytniej, następnie kładłam na średnio rozgrzany olej i obsmażałam na rumiano z każdej strony. Zalałam wodą z namoczonych kotletów i dodałam herbatę. Gotowałam 15 minut na średnim ogniu i odstawiłam. Sos zgęstniał sam dzięki mące żytniej i skrobi w kotletach. Dodałam łyżeczkę jogurtu naturalnego, ale można ją spokojnie pominąć. Podałam z kaszą gryczaną i słodko-kwaśną sałatą z jogurtem.

Zjedliśmy jeszcze pomidorową z makaronem, całkiem niezłą, nie chwaląc się. Nie mam zdjęcia, ale przepis może się przydać:

1,5l bulionu warzywnego z łyżeczką oliwy z oliwek
½ łyżeczki mielonego czarnego pieprzu
4 kopiaste łyżki pure pomidorowego (nie koncentratu!)
garść świeżej bazylii
łyżeczka jogurtu naturalnego

Bulion podgrzać, ale nie zagotować, dodać pure z pomidorów i doprowadzić do wrzenia. Zdjąć z ognia, dodać jogurt, pieprz i posiekaną bazylię. Można podać z makaronem (orkiszowy jest świetny), ryżem, grzankami, czy czym tam chcecie. Łasuch nie lubi pomidorowej, ale tą zajadał, aż mu się uszy trzęsły – coś w tym musi być :) 


Do tego spacer po plaży i podziwianie fruwających windsurfingowców - czego chcieć więcej? :)