niedziela, 15 sierpnia 2010

Bieszczadzkie Anioły i tęsknotowy przekaz podprogowy.

'Anioły są wiecznie ulotne
Zwłaszcza te w Bieszczadach
Nas też czasami nosi
Po ich anielskich śladach

One nam przyzwalają
I skrzydłem wskazują drogę
I wtedy w nas się zapala
Wieczny bieszczadzki ogień'

/Adam Ziemianin/



Dziś bez przepisu. O Aniołach trochę, przywiązaniu, tęsknocie i Miłości.

Gdy kilka dni temu Tomasz zaproponował spędzenie kilku dni w Bieszczadach zwariowałam z radości, moje Niebo na Ziemi ostatni raz widziałam 9 lat temu, a za każdym razem gdy próbowałam się tam wybrać, coś stawało na mojej drodze – to odległość, to brak środków, to zbyt długa jazda pociągami (26 godzin pięcioma pociągami to lekka przesada, nieprawdaż?). Jednak abyście zrozumieli dlaczego tak za Bieszczadami jestem, musiałabym tłumaczyć godzinami, a i tak na koniec stwierdziłabym, że trzeba Was tam po prostu zabrać. Jakieś 11 lat wstecz z powodów losowych przyjaciel moich rodziców się tam zagnieździł, a ponieważ moi rodzice są na tyle gołębio sercowi, że nie da się ich nie kochać, byliśmy tam częstymi i przeserdecznie przyjmowanymi gośćmi. I wtedy się zaczęło.

Jako tzw. podlotek nie byłam ja przychylna wyjazdowi na tak długo tylko w mamo-tatowym towarzystwie, ale przegryzłam wargi i z braku innych perspektyw zapakowałam dwie torby ubrań, spinek do włosów, perfum, butów i tym podobnych najpotrzebniejszych mi rzeczy. Następnie po wojnie o zmniejszenie bagaży do połowę i jako takim kompromisie, o morderczej 4:30 rano(!) wyruszyliśmy w dziewięciogodzinną podróż do miejsca przeznaczenia. Pamiętam to dokładnie, jak kilkadziesiąt kilometrów za Kluczborkiem zachwycił mnie mały dom, cały wyłożony kolorowymi kamieniami, które z winy wschodzącego słońca oślepiały jak radioaktywna tęcza moje niewyspane oczy. Od tego momentu było już tylko piękniej. Maj, błękitne niebo, gdzieniegdzie zakryte białymi łatkami pulchnych chmur, śpiew ptaków tak głośny, że nawet silnik naszej starej Corsy nie był w stanie go zagłuszyć i nagle po mojej lewicy wyrasta chorobliwie żółte wzgórze, kontrastujące z bezwstydnie zieloną doliną i błękitną płachtą nieba. Ja – nastoletnie dziecko – wzruszyłam się jak dojrzała kobieta, zamilkłam z zachwytu, który wraz z każdą kolejno widoczną górą i doliną, zapierał mi dech w piersi. Już mi się podobało.

Gdy dojechaliśmy nie mogłam uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Moim oczom ukazał się mały drewniany domek, pokryty czerwoną dachówką, okolony malwami, słonecznikami i ogórecznikiem. Zwariowałam. Przywitanie było tak serdeczne, że w ułamku sekundy poczułam się jakbym należała tam od zawsze. Po małych schodkach, mijając drewnianą rzeźbioną ławeczkę weszliśmy do środka. O takiej kuchni marzy każdy – wędzarnia i piec do wypiekania chleba, syjamski bliźniak salonowego kominka, drewniane stropy schodzące w dół i podtrzymujące kuchenny blat oraz uroczy kredens tuż przy drewnianym stole. Oj… pierwsza Miłość zaczęła się wtedy od wspólnego przygotowywania kaczki z jabłkami, sałaty z sosem winegret i pure ziemniaczanego. Ale to zbyt słodkie i osobiste by o tym wspominać…

W każdym razie Bieszczady maja dla mnie również bardzo sentymentalne kulinarne znaczenie – najlepsze placki ziemniaczane są w Bacówce pod Małą Rawką. Ale nie tylko tam zakochałam się w miejscowym jedzeniu. Jutrzejszą wyprawę zaczynamy od Muszyny w Beskidzie Sądeckim, dobrze nam znanej, przecudownej miejscowości miodem, grzybobraniem i najlepszymi serami płynącej. Czy Wam się podoba, czy nie, gdy tylko wrócę zasypię Was wspomnieniami z poszukiwań całych zielonych Aniołów i opowiadaniami delikatnych bąbelków muszyńskiej wody. Biorę kosz na grzyby, więc wymódlcie mi, proszę, owocne zbiory. Bywajcie!

Zdjęcie dostałam na pamiątkę - robione nad jeziorem solińskim. Piękne.

sobota, 7 sierpnia 2010

Kuciak w włoskim stylu


Jest w Opolu, niedaleko mojej uczelni taki chiński bar. Jego lokalizacja jest na tyle ciężka w zidentyfikowaniu dla zwykłego śmiertelnika, że właściwie gdyby nie fakt, iż pokazali mi go znajomi z roku, nigdy bym do niego nie trafiła. Śmiejemy się z najpoczciwszym na świecie Żółwiem, że to celowy zabieg uniknięcia sanepidu, bo wystrój w swej jakości ma bardzo dużo do zarzucenia. W zasadzie trafniej zabrzmiałoby – do wyrzucenia i wysprzątania. Spośród wielu innych rzeczy które doprowadzają nas w tej knajpie do śmiechu, jest sposób w jaki rodowici Azjaci nazywają podstawowe składniki ich kuchni. Nie dziwi więc nikogo sytuacja gdy podczas spożywania przez klientów posiłku o wdzięcznej nazwie „Kurczak pięć smaków” z zaplecza wybiega ktoś z obsługi i wielką miotłą goniąc szczury krzyczy „Uciekać wstrętne kuciaki!”…

Z sentymentu zatem kurczak już nigdy nie będzie miał dla mnie pierwotnej nazwy, a ponieważ przyrządzałam dziś wariację z jego biustem w tle, postanowiłam się z Wami podzielić i anegdotą, i przepisem na

Piersi z kuciaka we włoskim stylu

4 maleńkie piersi z kuciaka (miseczka zdecydowanie A)

6 plastrów mozzarelli

6 plasterków takiej dużej pieczarki

6 czarnych oliwek

rozmącone jajko

troszkę mąki

troszkę bulki tartej

łyżeczka ziół prowansalskich (wiem, wiem, miało być po włosku…)

szczypta soli

pieprz

Piersi z kuciaka rozbiłam ręką, bo nie mam tłuczka, ale jak kto się uprze to może tłuczkiem. Następnie posoliłam je, popieprzyłam i posypałam ziołami prowansalskimi, wszystko tylko z jednej strony. Na dwie piersi z kuciaka położyłam po trzy plasterki mozzarelli, pieczarki i po trzy przepołowione oliwki. Nakryłam to pozostałym mięsem, obtoczyłam w mące, jajku i bułce tartej, po czym smażyłam na złoto w dość głębokim i mocno rozgrzanym tłuszczu na mojej gibkiej patelni, kupionej kilka dni temu na garażowym pchlim targu. Lubię tą patelnię.

Propozycja podania z frytkami i surówką z kapusty, ogórka i koperku, chociaż doskonała w smaku, okazała się być wybitnie niepraktyczna, ponieważ kuciak był sycący do granic możliwości, a kiedy wsunęliśmy go z całym tym zestawem, oboje stwierdziliśmy, iż przydałaby się renta inwalidzka – no normalnie nie dało się ruszyć tyłka…

czwartek, 5 sierpnia 2010

Kotlety mielone z brokułem i kalafiorem



W zasadzie miałam się nie wypowiadać na tematy polityczne, ale obecna sytuacja wszechogarniającego ludzkie umysły amoku, doprowadza mnie do szału. Grupa, coraz niestety silniejsza, ludzi o bardzo wąskim polu widzenia rozszerza swoje pole fanatyzmu na jeszcze młodsze pokolenia, rezultatem czego jesteśmy pośmiewiskiem na skalę światową, a już niedługo dzieci w Timbuktu będą nabijać się z przesadnego idiotyzmu polskiej gawiedzi. Tragedia stała się kanwą do budowania niezgody i oszczerstw, a wysoce wartościowe dla niektórych symbole stały się kartą przetargową w dziwnej grze, w której na razie nie wiadomo o co chodzi, a jak nie wiadomo o co chodzi, to…

Smutek wielki, moje Wy misiaczki żelkowe, że przyszło nam żyć w kraju idiotów i krzykaczy.

Ale nie o tym tutaj. Z przepychu warzyw na straganach zrodził się przedwczoraj pomysł na urozmaicone kotlety mielone, które zapychały nas radośnie jeszcze i dnia wczorajszego i to właśnie je pragnę Wam zaprezentować, bo warto, ale też dlatego, że zdążyłam im zrobić zdjęcie, czego nie mogę powiedzieć o dzisiejszym leczo, po którym ślad prędko zaginał…

Kotlety mielone z brokułem i kalafiorem

pół kilo mielonej wieprzowiny (jest niezdrowo tłusta, to daje nam fajną konsystencję)

taaaaki duży brokuł

nieco mniejszy kalafior

jajko

pół szklanki bułki tartej

duża cebula

łyżeczka soli

szczypta pieprzu i chilli

olej do smażenia

bułka tarta do panierowania

Kalafiora i brokuł gotujemy do ekstremalnej miękkości, po czym poddajemy je brutalnemu zmiażdżeniu (narzędzie wybieramy dowolnie, w zależności od upodobań i fetyszy), dodajemy posiekaną cebulę, mięso, jajko i pół szklanki bułki tartej. Do powstałej mieszanki wkładamy łapska i ugniatamy, ugniatamy, ugniatamy… Dosypujemy przyprawy i ugniatamy, ugniatamy, itd. Turlamy kulki, obtaczamy je w bułce tartej i smażymy aż osiągną zadowalający nas brązowy kolor. Układamy na talerzu obok frytek i małej ugotowanej kolby kukurydzy, bo kukurydzy przegapić w tym sezonie nie możemy. Jemy, aż nam brzuchy pękną!

Byłabym zapomniała - na Woodstocku byłam i stwierdzam, iż jak co roku było fenomenalnie, a tego, kto mi poda przepis na to przegibkie jedzenie od Krishnowców skłonnam obdarować buziakiem przeogromnym.

czwartek, 29 lipca 2010

Makaron z tuńczykiem i brokułami


Życie bywa czasem dziwne. Właściwie to stosunek do życia bywa czasem dziwny. Wyizolowaliśmy się z Łasuchem we własnych czterech kątach, kupiliśmy meble do swojej kuchni na wyłączność, ja miałam przygodę z pracą w turecko-egipsko-grecko-amerykańskim bistro (sic!) i jego despotycznym szefem kuchni, który jest pierwszy na liście osób, jakie mogą mnie pocałować w dupę. Uspokoiłam się, wyważyłam sól i cukier, odjęłam trochę pieprzu. Zharmonizowałam. Planujemy otworzyć coś swojego, więc trzymajcie za nas kciuki. W każdym razie, przerwa od świata zrobiła mi w głowie i sercu porządek. A to dobrze.

Staramy się żyć ekologicznie i zdrowo. Jednakże zimne piwo psuje nam trochę koncepcje zdrowego lajfstajlu. Ale coś musimy mieć z tego wszystkiego, no nie? No to tak na zdrowie, to Was poczęstuję dzisiaj moim i Tomasza ulubionym makaronem – z brokułami i tuńczykiem.

P.S. Tęskniłam, a Wy? :]

Makaron z brokułami i tuńczykiem:

makaron kokardki, świderki, kolanka, jakikolwiek lubicie (tak na dwie osoby, ja dałam pół paczki, bo my dużo jemy…)

duży brokuł, albo dwa mniejsze

puszka tuńczyka w oleju

4-5 ząbków czosnku

łyżka masła

Makaron gotujemy al’dente, brokuły tak samo. Czosnek siekamy w drobniutką kosteczkę i smażymy na maśle tak, aby nie zbrązowiał, bo będzie gorzki i wstrętny. Tuńczyka w kawałkach odcedzamy, łączymy z makaronem i brokułem i polewamy czosnkiem z masłem. Nic nie zapomniałam? No nic. No to smacznego.

środa, 23 czerwca 2010

Swojska wędlina drobiowa wędzona w woku.


Tak sobie ostatnio oglądałam TIWI i tamże dwie słabo atrakcyjne kobiety namiętnie usiłujące być zabawne zbiły mnie z tropu. Dowiedziałam się bowiem od nich, że jak się chce to można i w domowym zaciszu trzasnąć sobie ekstra szyneczkę, a nie czekać i się prosić aż Tato uruchomi swoją działkową wędzarnię – bo trzeba mu przyznać, że ważniejsze rzeczy ma na głowie jak moje kulinarne fanaberie. Do czego zmierzam, pogłówkowałam, pokręciłam się i wymyśliłam. Kupiłam dwie piersi z kurczaka i postanowiłam uwędzić je w domu. Mama Walentyna do tej pory o tym nie wie, choć już dawno po fakcie, bo i po co ma się w krzyczeniu przemęczać, że w dekiel mi bije, że widzimisię i tym podobne. Tak więc Najmilejsi przepis Wam podaję, na małe arcydzieło – bo z Łasuchowych ust padło, że to najlepsze co w życiu przyrządziłam, a przyrządzałam rarytasy największe – wędlinę drobiową wędzoną w woku.




2 duże piersi z kurczaka

łyżka soli

łyżka ziół prowansalskich

łyżka czegotamchcecie (ja dałam przyprawę przywiezioną z Ukrainy, ale za chińskiego boga nie wiem co w niej było)

2 ząbki czosnku

Do domowej „wędzarni”:

wok

folia aluminiowa

suche jak pieprz patyczki z drzewa wiśniowego

spora garść wędzonej herbaty

2 łyżki cukru



Dzień wcześniej umyłam piersi z kurczaka, wysuszyłam je ściereczką i natarłam solą i przyprawami, po czym wsadziłam do miski i szczelnie okryłam woreczkiem foliowym. Wstawiłam do lodówki a na wierzchu ułożyłam garnuszek ze smalcem, żeby się cyce ścisnęły z tą miksturą, co to je wysmarowałam. No i poszłam spać. Nazajutrz jak Mama Walentyna opuściła mieszkanie i zostałam w nim sama, bo Taty i Łasuszyska nie było, wyciągnęłam woka, wyłożyłam go folią aluminiową a na nią nasypałam cukru, garstkę patyczków i herbaty, zainstalowałam w tym wkładkę do gotowania na parze i na niej położyłam wyciągnięte chwilkę wcześniej z lodówki piersi z kurczaka, związane razem sznurkiem. Przykryłam woka i włączyłam palnik na dużym gazie. Dałam się temu 15 minut pomęczyć, po czym na kolejne 10 zmniejszyłam ogień i wyłączyłam go, trzymając całość jeszcze 10 minut pod przykryciem. W tym czasie zrobiłam mocny napar z wędzonej herbaty i przecedziłam go. Wyjęłam wędlinę i wsadziłam ją na chwilę do herbacianego wywaru, wyciągnęłam i zostawiłam do ostygnięcia. W tym czasie Łasuch nakrył mnie w pięknie pachnącej tym moim wędzeniem kuchni… no dobra, śmierdzącej jak jasna cholera. Po czym pokroiliśmy domową kurzą szynkę i wtrąchnęliśmy z razowym chlebem w przeciągu kilku chwil. Najważniejsze, że udało mi się wywietrzyć dom, przed Mamowym powrotem…