wtorek, 20 marca 2012

O tym, jak mnie to wszystko przeraża.

Do końca życia pozostanie mi w pamięci ten widok: wysoce otyły mężczyzna poruszający się o kulach, który zmierza w stronę kasy pobliskiego fast foodu. Składa zamówienie – Pewnie rodzina zaraz dojdzie – pomyślałam. Ganiąc się za zbytnią naiwność, przyglądałam się jak radośnie wcina dwa powiększone zestawy, które, choć jem jak pułk wojska, spokojnie rozłożyłabym sobie na trzy, cztery dni. I choć jest to widok dość popularny w miejscu, gdzie mieszkam, można nawet powiedzieć, że wpisany w folklor miasta, to serce mi się dosłownie złamało. Spojrzałam na jego podwiniętą nogawkę, spod której wylewała się łydka zwieńczona charakterystycznymi dla cukrzycy zmianami skórnymi. Widok jak z obrzydliwego horroru, żyjący człowiek w stanie rozkładu.
Wtedy też zdałam sobie sprawę, że jego to nie obchodzi. Głęboko w swoim ogromnym tyłku miał to, że ten „pyszniutki” hamburger, masa frytek z majonezem i litr napoju z bąbelkami i cukrem, może być jego gwoździem do trumny. Miał gdzieś to, że wygląda, delikatnie mówiąc, odpychająco, że jego serce, wątroba, nerki otulone są
cieplutkim kożuchem z zabijającego go tłuszczu, co więcej nie jestem pewna czy w ogóle zdawał sobie z tego sprawę. Jedyne o czym zdawał się myśleć było to, że musi coś zjeść, przy czym „coś” było w oczywistej postaci hamburgerów z frytkami. Patrząc tak na jego twarz zdałam sobie sprawę z tego, że znam ten widok. Wy też pewnie znacie. Jeśli nie w rzeczywistości, to już na pewno w mediach widzieliście człowieka uzależnionego do tego stopnia, że trzęsie się sięgając po używkę, pragnie dostarczyć ją sobie jak najszybciej, a gdy już to zrobi, na jego twarzy rysuje się dzika euforia, wyraz spełnienia ostatecznego. Tak, ten człowiek był w istocie uzależniony. I to od czego? Od fast foodów. Tracił swoje zdrowie, bardzo prawdopodobne, że życie po to, aby planować swoje dni od śniadania do lunchu, od lunchu do obiadu, od obiadu do kolacji itp. itd.

Kampanie reklamowe o zdrowym trybie życia zawsze budziły we mnie współczucie. Nieudolne namawianie do uprawiania sportu, jedzenia wyłącznie zdrowych, zbilansowanych posiłków i grożenie niepożądanymi skutkami wszelakich odstępstw od tych przykazań są dla mnie jałowe i czcze. Porównywalnie do kampanii antynikotynowej na paczkach papierosów. Pamiętacie pewnie słynny skecz Cezarego Pazury: „Palenie tytoniu powoduje impotencję... Pani da te z rakiem!”. Niestety w rzeczywistości nie wygląda to tak zabawnie, bo gdy użyte argumenty są zbyt mocne, mechanizm obronny większości ludzi nakazuje je bagatelizować.
Broń boże nie mam zamiaru prezentować teraz jedynego i niepodważalnego sposobu na profilaktykę skutków niezdrowego jedzenia, z prostej przyczyny – nie znam go. Wiem jednak jedno, zbyt dużo z nas przygląda się sobie i myśli: „Nie dajmy się zwariować, przecież mnie to nie dotyczy”. I być może tak jest. Ale może dotyczyć moich dzieci, dzieci moich dzieci itd. Wzorzec, który teraz świadomie bądź nie budujemy swoim zachowaniem, prędzej czy później będzie wzorcem powielanym i przez kogoś na pewno uznawanym za właściwy. Widzę to teraz wyraźnie, obserwując dzieci przez okno. Większość z nich jest przygarbiona od nadmiaru kilogramów, otyła na tyle, że nie widać po nich wieku, czerwona z wysiłku, jakim jest przejście ze szkoły do pobliskiej restauracji z szybkim jedzeniem, sapiąca podczas wchodzenia po
schodach. Dopóki tu nie zamieszkałam obraz ten był dla mnie jakby abstrakcyjny, „gdzieś tak jest, ale nie u nas”. Siedzę przy swoim komputerze jakieś dwa tysiące kilometrów od Was, czy to wystarczająco daleko, aby uspakajać się „nie u nas”?
Z tego co obserwuję z daleka Polska idzie w podobnym kierunku, zaczyna się od popularyzacji gotowych posiłków i wprowadzania ich do dziennej rutyny żywieniowej. Przechodzi przez ignorancję w sprawie żywienia dzieci. Na czym się skończy zależy od nas.


Wszystkich tych, którzy spodziewali się kolejnego przepisu, serdecznie przepraszam. Nie cierpię na niemoc twórczą ;) jednakże zepsuł mi się aparat, a nie chcę zamieszczać przepisów bez zdjęć, bo nie i koniec (pozwolę sobie na taką fanaberię). Jednak ponieważ odwiedziła mnie w zeszłym tygodniu siostra Aga z mężem i Martuśką Małą w nagrodę dla tych, którzy dotrwali do końca mojej grafomanii mam fajowe zdjęcie (autorswa siostry Agi) Leprechauna z parady z okazji Dnia Świętego Patryka w Killarney, jak go oczarujecie, to może sprezentuje Wam garniec złota! :)

czwartek, 9 lutego 2012

Pizzerinki.


Wcale nie jest fajnie jak ma się za dużo wolnego czasu, powiem Wam. Zwłaszcza, kiedy jest się osobą trudną do wytrzymania nawet sobie samej. Nic to, przynajmniej czasu na gotowanie mam co niemiara, a nawet powoli zabieram się do upieczenia fenomenalnego soda bread, na który przepis dała mi Monika – moje guru jeśli chodzi o wypieki. Póki co pocieszam się faktem, że choć i karpatkę z proszku schrzanić potrafię, to bynajmniej drożdżówki wszelkiej maści wychodzą mi z zamkniętymi oczami. Toć nie można być geniuszem we wszystkim, nie? :]


Z okazji Międzynarodowego Dnia Pizzy mam w zapasie przepis na idealnie puszyste pizzerinki – doskonale sprawdziły się w roli zarówno kolacji, jak i śniadania na wynos do łasuszynowej pracy. Piekłam je wieczorem, ale na drugi dzień ciasto było nadal puszyste, miękkie z delikatnie chrupiącym spodem, zupełnie jakby niedawno wyjęte z pieca.


Ciasto:

0,5 kg mąki

2 łyżki oliwy

200 ml ciepłej wody

łyżeczka cukru

4 dag drożdży


Drożdże należy rozkruszyć w wodzie z łyżeczką cukru, dobrze rozpuścić i odczekać 15 minut aż wyrosną. W tym czasie przesiać mąkę dodać oliwę i rozpuszczone drożdże i odstawić na 20-30 minut w naoliwionej misce i przykryte ściereczką.


Sos:

2 łyżki przecieru pomidorowego

zioła prowansalskie

łyżka oliwy

2 ząbki czosnku

sól

woda przegotowana


Przecier wymieszać z wodą i oliwą tak, aby uzyskać konsystencję gęstej śmie

tany, dodać zioła, sól i drobniutko posiekany czosnek, po czym wszystko dokładnie wymieszać (celowo nie podałam ilości ziół – dajcie tyle, ile Wam pasuje).


Dodatki:

puszka pieczarek w solonej zalewie (nie tracą tak wody przy pieczeniu i są chrupiące po wyjęciu z pieca)

starty ser żółty (u mnie jasny cheddar)

pół białej cebuli pokrojonej w piórka

zielone oliwki



Gdy ciasto podrośnie odrywać z niego kulki wielkości dużej śliwki, rozpłaszczać je wedle uznania na naoliwionej blaszce, smarować sosem i obłożyć dodatkami. Piec przez 10-15 minut (w zależności od grubości ciasta – im grubsze, tym dłużej) w 180 stopniach. Musze jeszcze dodać, że ciasto bardzo mocno rośnie w piekarniku, z moich malutkich placuszków powychodziły takie olbrzymy, jak widać na pierwszym zdjęciu, także jeśli chcecie mniejsze bułeczki, musicie zrobić mniejsze kuleczki.

Całe przygotowania nie zajmują dużo czasu, dlatego można pizzerinki upiec wieczorem na poranne śniadanie, czy kiedy mamy niecałą godzinę do przyjścia gości, albo naszła nas akurat ochota na małe co nieco :)

Swoją drogą to przydałby się jakiś dobry aparat, bo coś czuję, że ten wykończy mnie psychicznie...

poniedziałek, 30 stycznia 2012

Soczysty kurczak, ogórek i sweet chilli sauce.

Uf, co to się działo! Dwa tygodnie w Polsce przerodziły się w ponad miesiąc, z czego i tak nawet połowy nie udało mi się załatwić, nie mówiąc już o odwiedzinach (tu serdeczne ajm sory w stosunku do Panny Malwinny), paskudne choróbsko, brak kontaktu ze światem (czytaj: brak internetu) i przede wszystkim parę kilo za dużo, choć pełne gacie szczęścia. Koszmarnie zaniedbałam swoje kulinarne poczynania, bloga i kilka innych sieciowych stref, jednakże to było to czego n a p r a w d ę było mi trzeba. Tyle o mnie.

Rozmawialiśmy z Łasuchem nie dalej jak wczoraj o sensie i bezsensie tzw. ekskluzywnego jedzenia. Bodźcem ku tym filozoficznym przemyśleniom, było przeczytanie w styczniowym magazynie „Kuchnia” kilku słów odnośnie renomowanej włoskiej wody, z absolutnie włoskiego źródła w absolutnie pięknej, oczywiście włoskiej butelce, polecanej do cytuję: „finezyjnych potraw i wykwintnych trunków”. Tu w mej głowie zrodziło się pytanie: czy to aby nie przesada? Czy woda rzeczywiście tak znacząco wpływa na smak, że aby doznać orgii odlotów na podniebieniu należy koniecznie wydać te naście złotych na butelkę tegoż boskiego nektaru? A z drugiej strony, czy to aby nie poczucie ekskluzywności tej wody, jej swoistej drogocenności czyni ją aż tak wyjątkową?

Zastanawiam się czy gdyby przyrządzić rzeczony wykwintny trunek z tejże wody i testera o tym nie poinformować, całe jej użycie miałoby sens. Najprawdopodobniej nigdy się nie dowiem, taki ze mnie upiór... tfu! uparciuch. Do kuchni ekskluzywnej jako takiej podchodzę niczym mój ukochany kundel do miski z łaskawie zostawionym krupnikiem – niechętnie i nieufnie. Choć może to i staroświeckie uważam, że jedzenie w całej swej wspaniałości karmić powinno ciało i duszę na równi, nie wyłącznie ego.

Jak też wspomniałam na początku okres mojej nieobecności był wyjątkowo intensywny, taka też była podróż – trzy dni w samochodzie, szesnaście godzin na bezlitośnie bujającym promie sprawiło, że wróciliśmy, choć szczęśliwi, to koszmarnie wyczerpani. Z marzeniem o ciepłym obiedzie musieliśmy wymyślić coś co da się zrobić szybko, ale i też coś, co napełni nasze brzuchy i serca rozkoszną odmianą od tzw. turystycznego jedzenia. Połączyłam to z prześladującymi mnie całą drogę smakami i voilla! Proste jak sracz na budowie, ekspresowe i rozgrzewająco-orzeźwiające zarazem – no czego chcieć więcej?


Perfekcyjna trójca: soczysty kurczak, ogórek i sweet chilli sauce.


2 piersi z kurczaka

wędzona papryka

sól

1 długi ogórek szklarniowy


sweet chilli sauce:

szklanka wrzątku

5-6 małych papryczek chilli, albo łyżka suszonych płatków

3-4 ząbki czosnku

½ szklanki białego cukru

niecałe ½ szklanki białego octu winnego (albo mniej, jak kto woli)

kopiasta łyżka mąki ziemniaczanej


Piersi z kurczaka umyłam posypałam solą i wędzoną papryką, kładłam na mocno rozgrzany tłuszcz i natychmiast obróciłam, zdjęłam z patelni i zmniejszyłam ogień. Gdy tłuszcz zmniejszył swoją temperaturę na nowo ułożyłam na nim kurczaka i po około siedmiu minutach obróciłam na drugą stronę i smażyłam tym razem przez pięć minut. Ogórka umyłam, pokroiłam w grube plasterki i ułożyłam na talerzu, na nim umieściłam pokrojoną w plastry pierś z kurczaka. Sos sweet chilli natomiast robi się prosto: do gotującego się wrzątku należy dodać drobno posiekaną papryczkę i czosnek, cukier, wino i łyżeczkę soli, potem trzeba to gotować jakieś pięć minut aż cukier się rozpuści, a papryczka nabierze przeźroczystego koloru. Mąkę ziemniaczaną trzeba rozpuścić w odrobinie wody i stopniowo dodawać do gotującego się sosu, cały czas mieszając trzepaczką. Gdy sos zgęstnieje jest gotowy. Ja polałam nim kurczaka i ogórka (który to całkowicie zmienia swój smak pod jego wpływem), podając wszystko z frytkami.

Polecam to szczególnie zabieganym osobom, smak jest na tyle, nie chwaląc się, świetny, że spokojnie nadaje się jako nie przynosząca wstydu przystawka, czy też danie główne. Świetnie komponuje się z lodowatą wodą z plasterkiem świeżego ogórka – my dogodziliśmy sobie w tenże sposób i jesteśmy zdecydowanie za :)


poniedziałek, 28 listopada 2011

Pieczony łosoś na śródziemnomorskiej sałacie.



Zabieram się do pisania jak pies do jeża, bo najzwyczajniej w świecie padam na pysk. Szybkie obiady, wieczorowo – nocną porą, lekkie, ale pełnowartościowe, do tego śniadania w biegu, stres i gonitwa. Kto by pomyślał, że i mnie to spotka. Niecierpliwie czekam wyjazdu na święta, ale w tym roku niestety nie mam ani chwili żeby zabrać się choćby za maleńkie przygotowania bożonarodzeniowe, typu pierniczki, czy prezenty ręcznie robione. A szkoda.

Obiad ekspresowy, w stylu „samo się zrobi, a Ty idź weź prysznic', ale bardzo smaczny i sycący:


Pieczony łosoś na śródziemnomorskiej sałacie.


4 filety łososia ze skórą

4 plasterki niesolonego masła

4 grube plastry cytryny

zioła prowansalskie

sól


sałata:

½ główki sałaty lodowej

2 czerwone papryki

biała cebula

ogórek sałatkowy

2-3 łodygi selera naciowego

garść zielonych i czarnych oliwek


dressing:

¼ szklanki oliwy z pierwszego tłoczenia (możliwie jak najlepszej)

2 ząbki czosnku

sok i skórka z połowy cytryny

łyżka wody mineralnej



Na blachę do pieczenia wykładamy papier, układamy na nim łososia skórą do dołu, obsypujemy solą i ziołami prowansalskimi, a na wierzch kładziemy po plasterku masła i pieczemy w 200 stopniach przez około 20 minut (w zależności od tego jak grube są kawałki ryby, moje były takie na nieco ponad 5cm). W tym czasie bierzemy prysznic, przebieramy się w dres, czy inne wygodne i ciepłe ubranie i zabieramy się do umycia warzyw. Wszystkie składniki kroimy, ale nie za drobno (no bo komu się chce) i mieszamy z dressingiem (który też powstaje po wymieszaniu wszystkiego razem). Nakładamy sporą ilość na talerz, na to układamy upieczonego łososia, a sama rybę skrapiamy sokiem z grubego plasterka cytryny. Voilla!

P.S. Mimo wszystko jestem bardzo szczęśliwa.

wtorek, 1 listopada 2011

Halloween jak się patrzy i proba okiełznania dyni... dosłownie.

Nadejszła wielkopomna chwila, kiedy to odważyłam się spróbować dyni. Wśród wielu propozycji od moich znajomych postanowiłam spróbować jej w zupie serowo-dyniowej, bo raz, że składniki proste, dwa, że przygotowanie nieskomplikowane. Postanowiłam zacząć od dobrej podstawy, aromatycznego rosołu (i jak się później okazało uratowało to mój obiad) no i ochoczo zabrałam się do rozpracowywania tych śmiesznych, pomarańczowych warzyw. Efekt końcowy był jaki był, Tomaszyna zadowolona, ale nie wniebowzięta, a ja... no cóż, uprzejmie acz z wielkim niesmakiem donoszę, że dyni nie znoszę. Owszem jedynie w zupie jak dotychczas. Mam zamiar dać jej szansę w słodkich wypiekach, może w chlebie też, gdyż nie należę do osób, które łatwo się poddają... w kuchni. Aby zobaczyć przepis odsyłam do oryginału u Olgi Smile, u mnie tylko kilka Halloweenowych dzieł rąk własnych.


zupa dyniowo-serowa (zapomniałam dodać, że użyłam do niej dyni piżmowej - tej w kształcie gruszki) i jack o'lantern, który nas wprowadzał w "creepy mood' :)
no i mój Zombie Boy, który po raz pierwszy w życiu musiał przekonać się jaką ciężką sztuką jest robienie makijażu :)



P.S. Dobra rada Cioci Oli: jeśli macie dłuuugi weekend i nie jesteście już studentami, nie spędzajcie go jak studenci... zdrowie nie te, a rano w lustrze będziecie oglądać takie Halloween, jak ja dzisiaj (nie mówiąc już o odgrywaniu scen z "Egzorcysty")...

środa, 19 października 2011

Zupa Kurczakowa!

Czy Wy mnie jeszcze pamiętacie?

Dużo się działo, między innymi kolejna przeprowadzka (tym razem, mam nadzieję, że na dłużej), zmiana pracy i inne bzdety, przez które a to nie było czasu, a to ochoty czy pomysłu na blog. Jednak teraz, te kilka dni bezrobocia w sferze zawodowej zaowocowały pracą w sferze kuchennej. Dużo miałam pisać dzisiaj o ostatnio poruszających mnie kwestiach, ale gdy spojrzałam na nie z góry, z pewnym dystansem, wydały mi się być przysłowiowym „pyłem na wietrze”. Możliwe, że jest to spowodowane dotykającym mnie z każdej strony jesiennym chłodem, przez który większość swojej energii poświęcam na kombinowanie „jak tu się ogrzać?” i któremu zawdzięczam dzisiejszy, wysoce rozgrzewający obiad.

I tu o obiedzie słów kilka: zdałam sobie sprawę z tego, że prezentuję na blogu głównie przepisy na dania dość konkretne, głównie obiadowe i sycące. Postanowiłam więc poszukać powodu, dla którego głównie takiej treści są moje wpisy i voilla! Obiad to jedyny posiłek, przy którym mam czas poeksperymentować i któremu mogę poświęcić sporo czasu. Wymyślne śniadania (i tu zaliczam chociażby jajecznicę, na którą potrzeba około 5 minut) są nie dla mnie, ponieważ każda minuta dłużej w łóżku pod ciepłą kołderką jest dla mnie, jako nieskrywanego śpiocha, na wagę złota. Kolacje ze względu na obecny tryb życia rzadko kiedy mają swoje miejsce w moim dziennym menu. Ciast piec nie umiem... no może drożdżówki, jak bym nie wymieszała, tak się zawsze udadzą, ale fale dunaju, torciki szwarcwaldzkie (które kocham niezmiernie), karpatki itd. itp. wychodzą mi z mniejszym lub większym skutkiem. Poza tym nie chce mi się, nad czym ubolewam, ale zmienić tego nie potrafię. Może w wolne dni, w przypływie chwili... Dlatego też całe moje kulinarne wyżywanie się dokonuje się na obiadach. A że jestem związana z kawałem chłopa, toteż ten kawał chłopa nakarmić muszę porządnie, stąd brak u mnie sałateczek z kilku listków z pomidorkiem, które niewątpliwie dostarczają doznań smakowych przeogromnie, ale brzucha mego mężczyzny (i w tajemnicy powiem, że mojego brzucha też nie koniecznie) no niestety, ale nie nasycą. Taka już ze mnie zła kobieta.

Muszę też nadmienić, że im dłużej pozostaję na emigracji, tym bardziej brakuje mi domowych posiłków, przygotowywanych według receptur mojej Mamy, toteż Tomaszowy tygodniowy urlop w Polsce spożytkowałam prosząc Mamę o kilka typowo domowych produktów, jak chociażby pyszne wędzone kiełbasy, przetarte maliny, jabłka z naszego ogródka – fenomenalne malinówki – czy nasze ogródkowe, obłędnie pachnące pomidory, które trzymam w szufladzie aby powoli dojrzewały. A że moja Mama to kobieta zdecydowanie nie bojąca się wyzwań (pozdrawiam Cię Mamo!), Tomasz przywiózł skarby ledwo mieszczące się w samochodzie – suszone grzyby, kiszone i konserwowe ogórki, patisonki w zalewie octowej, słoiczki przetartych malin, kompoty z brzoskwin, słoneczniki pękające w szwach od ziaren, pigwy... i wiele wiele więcej. Niby w dobie wysoce rozwiniętego handlu zagranicznego nic nie powinno mi tu brakować, ale dziwnie dobrze mi z wiedzą jaką drogę przebyły moje pomidory, a już na pewno lepiej mi z ich smakiem (no nie czarujmy się, w ogóle ze smakiem – te kupne z zamkniętymi oczami można pomylić z ogórkiem...).

No i do czego zmierzam, w tęsknocie za domowym jedzeniem, myślę, zrobię zupę. Zimno, że psa nie wygonić, chleba ci nam dostatek, to akurat do zagryzania będzie, a i przydałoby się coś jednogarnkowego, żebym miała więcej czasu na leżenie i pachnięcie. Najlepiej na dwa dni. Pierwsze co przeszło mi przez myśl to flaki – pamiętam, że Tato ekspresowo zjawiał się na obiad jak tylko słyszał tą magiczną nazwę. I pomysł choć genialny, stłumił się w zarodku, gdyż z Łasuszyną flaków, jako kosmatych kawałków wołowych żołądków pływających w zupie nie ruszymy. W zasadzie ja jeszcze byłabym w stanie zapomnieć ich pochodzenie, jednak mój francuski piesek już nie odpuściłby tak łatwo. Zatem uruchomiwszy wyobraźnię popełniłam mały fjużyn i oto jest!

ZUPA KURCZAKOWA (tak, wiem,że nazwa powala swą oryginalnością...), pysznie rozgrzewająca, gęsta od szatkowanych warzyw i aromatyczna od kminku oraz majeranku, a w dodatku teraz w zasięgu Waszych garnków:


1 kurczak (około 1,5kg, ja odcięłam naszemu nogi i zamroziłam, bo były ogromne, a nie potrzeba aż tyle mięsa)

½ dużego korzenia selera

4 spore pietruszki

4 marchewki

½ białej części pora (można dać więcej, ale nie upierałabym się)

kilka ziaren ziela angielskiego (ja dałam jakieś 5-6)

kilka listków laurowych (ja dałam 3)

łyżka stołowa utartego w moździerzu kminku

2-3 łyżki suszonego majeranku

wędzona papryka w proszku

2 ząbki czosnku

łyżka mąki pszennej


Kurczaka wsadzam do dużego gara i zalewam zimną wodą, dodaję listki laurowe i ziele angielskie i doprowadzam do wrzenia. W tym czasie obieram warzywa, szatkuję na tarce o grubych oczkach, pora kroje na pół i w poprzek w cieniutkie paseczki. Gdy woda z kurczakiem się zagotuje, zdejmuję na chwilkę z ognia, sitkiem albo łyżką pozbywam się tej brzydkiej piany na wierzchu i dodaję poszatkowane warzywa. Mieszam i wstawiam na średni ogień. Po około godzinie, półtorej, dodaję kminek, majeranek, posiekany drobno czosnek i dość sporo wędzonej papryki w proszku – fenomenalna przyprawa swoją drogą. Na suchej patelni rumienię mąkę, mieszam ją w moździerzu czy tam miseczce (ja dostałam nowy moździerz, toteż nadużywam go ochoczo) z odrobiną zupy, rozcieram grudki i siup! do garnka z zupą. Solę i pieprzę do smaku (trochę soli tu potrzeba, aż się zdziwiłam) i czekam aż sobie zabulgocze ze dwa razy, po czym wyłączam. Pachnie świetnie, a z kromką dobrego, chrupiącego chleba smakuje, nie chwaląc się, bosko!

niedziela, 24 lipca 2011

Jagnięcina po krakowsku.







Od kiedy moja miłość do jedzenia osiągnęła spory rozmiar, obiecałam sobie, że w miarę możliwości i odwagi postaram się spróbować więcej niż pozwalały mi na to wcześniejsze ograniczenia. Teraz gdy znajduję się w wiecznie zielonej krainie, słynącej z najlepszego piwa na świecie, staram się spełniać swoje postanowienie. Wynikiem dostępności produktów i być może bardziej otwartego smaku powstał dzisiejszy pomysł na jagnięcinę po krakowsku. Niech Was nie zmyli nazwa – z Krakowem ma ona tyle wspólnego, co nic, jednakże sposób jej przygotowania jest mocno wzorowany na przygotowaniu maczanki po krakowsku, stąd zapożyczenie, za które mam nadzieję krakowscy puryści się nie obrażą. Musze jeszcze powiedzieć, że choć było to moje pierwsze podejście do jagnięciny, na pewno na tym nie poprzestanę, bo smak tego mięsa bardzo przypadł mi do gustu.

Jagnięcina po krakowsku:
400g polędwicy jagnięcej (u mnie już w plastrach)
½ kg białej cebuli
2 drobniutko posiekane ząbki czosnku
250g pieczarek
2 łyżki stołowe ostrej papryki w proszku
4 łyżki stołowe kminku
½ l przegotowanej wody
łyżka oleju
sól
pieprz

Na patelni rozgrzałam olej dosłownie do czerwoności. Plastry jagnięciny (grube na około 2cm) oprószyłam solą i pieprzem i smażyłam z obu stron po 30 sekund na każdą, następnie ułożyłam je w naczyniu żaroodpornym. Cebulę i pieczarki pokroiłam niedbale w plasterki i wyłożyłam na ułożone w naczyniu mięso, po czym dodałam czosnek, paprykę i kminek. Wstawiłam do piekarnika nagrzanego na 200 stopni i piekłam pod przykryciem przez godzinę. Po tym czasie dodałam wodę, zdjęłam pokrywkę i piekłam przez kolejne półtorej godziny, aż mięso było delikatne i rozpływające się w ustach. Podałam z młodymi ziemniakami gotowanymi na parze oraz surówką z buraczków, na którą przepis podaję poniżej.

Surówka z marynowanych buraczków:
1 opakowanie buraczków w zalewie (ok. 500g)
po ćwiartce czerwonej, zielonej i żółtej papryki
100g kukurydzy z puszki
1 żółta cebula
1 kwaśne jabłko
sól
pieprz

Buraczki i jabłko starłam na tarce o grubych oczkach, dodałam kukurydzę, posiekaną cebulę i paprykę i doprawiłam solą oraz pieprzem. Ponieważ uzbierało mi się dużo soku z buraczków w misce, a chciałam uzyskać gęstą konsystencję, najzwyczajniej go wylałam, chociaż Wy możecie znaleźć mu jakieś pożyteczne zastosowanie.














A to mój obecny dom, Killarney wieczorową porą:
ładnie, prawda? :)