środa, 17 marca 2010

Zielone curry z kurczakiem i krewetkami. St. Paddy's Day!


Opłacało się tak długo czekać na krzaczek mięty pieprzowej. Bo choć nie dostałam jej do tej pory, zyskałam dwa produkty, które tchnęły mnie na zrobienie sobie w kuchni małej namiastki Irlandii. Otóż pani w sklepie, w którym zamówiłam ów nieszczęsna miętę w ramach przeprosin, iż nie wywiązała się z umowy sprezentowała mi mały słoiczek zielonej pasty curry i puszkę mleka kokosowego. Przypomniało mi to o irlandzkim zamiłowaniu do curry (nie wiem czy ze względu na dużą ilość Hindusów na wyspach, czy z powodów historycznych), połączyłam więc fakty i z okazji dzisiejszego zielonego St. Paddy’s Day postanowiłam zazielenić środowy obiad. Przedstawiam Wam moją wariację na temat green chicken curry i jednocześnie dopisuję się do akcji „Zielono mi”:



2 piersi z kurczaka

250g krewetek koktajlowych

solidna szklanka mrożonego groszku

½ dużej zielonej papryki

200ml mleka kokosowego

3 łyżki zielonej pasty curry

2 łyżki sosu sojowego

szklanka brązowego ryżu



W woku rozgrzałam kilka kropli oliwy (może być olej sezamowy, ale ja go akurat nie miałam) i wrzuciłam pokrojone w kostkę piersi z kurczaka. Gdy się lekko przyrumieniły dorzuciłam do nich krewetki i chwilkę smażyłam (tak, aby krewetek nie przesmażyć, a żeby zyskały uroczy czerwony kolor). Następnie zasypałam całość groszkiem i pokrojoną w kosteczkę papryką oraz zalałam mlekiem kokosowym, dodając po kolei pastę curry i sos sojowy. Całość sobie radośnie pobulgała aż warzywa zrobiły się miękkie, choć nie za długo, by nie straciły koloru. W międzyczasie, tudzież w czasie bulgania, do rondla z grubym dnem nalałam około 2 łyżek oliwy i gdy ta się rozgrzała wrzuciłam na nią ryż. Przesmażyłam aż zaczął skakać i zalałam lekko osoloną wodą (ok. ½ litra). Gotowałam go aż zmiękł i wchłonął większość wody, odcedziłam i przełożyłam do miseczek zalewając gorącym curry.

Niektórych z Was może dziwić dlaczego użyłam malutkich koktajlowych krewetek, ponieważ zazwyczaj do potraw typu curry dodaje się większych składników rybnych i mięsnych. Była to średnio udana próba przekonania Łasucha do smaczności specyfików nazywanych przez niego „robalami”, takie po nitce do kłębka, czy jakoś tak. I choć osobiście jestem wielką amatorką „robali” zaznaczam, że nie są one konieczne dla tych, którzy nie lubią gdy im coś „chlupie pod zębami, tak chlup, chlup, blee”. A teraz nie siedźcie w domach, tylko ubierajcie się i ruszajcie do pubów na zielone piwo (lub jakiekolwiek piwo), slainte!

niedziela, 14 marca 2010

Cytrynowe muffiny z chilli.


Dzisiaj krótko. Troszkę ze zmęczenia, troszkę z lenistwa. Za chwilę przybędzie niewidziana przeze mnie całe 12 godzin Łasuszyna. Jego toż sprawką są po części dzisiejsze muffiny, ponieważ na Dzień Kobiet obdarował mnie moim nowym dzieckiem – teflonową formą na 12 muffinek. Z tego to powodu jest radość wielka i dzisiejszy debiut, zarówno formy, jak i przepisu:



100ml mleka

sok z jednej cytryny i połowy limonki

75g masła

jajko

szklanka mąki

½ szklanki cukru

2 ½ łyżeczki proszku do pieczenia

skórka otarta z cytryny

1 zmielona papryczka chilli (bez pestek na Boga!)

2 łyżeczki cukru waniliowego



Masło rozpuściłam i zostawiłam do wystygnięcia, do miski wsypałam mąkę, cukier, proszek do pieczenia, cukier waniliowy oraz skórkę z cytryny wraz z chilli. Składniki mokre, tj. mleko, sok z cytryny, masło i jajko wymieszałam w osobnym naczyniu, po czym połączyłam w całość zawartość obu misek i szybko wymieszałam widelcem. Do mojej NOWEJ PIĘKNEJ FORMY DO MUFFINÓW włożyłam zielone papilotki i natychmiast napełniłam je w 2/3 ciastem. Wstawiłam do piekarnika nagrzanego na 250 stopni i piekłam aż się uroczo zarumieniły. Z wody i cukru pudru ukręciłam szybki lukier, którym ozdobiłam wyjęte i ostudzone muffinki, a same ich czubki zwieńczyłam paseczkami skórki cytrynowej.

Wierzcie mi lub nie, ale cytryna i chilli jest jak dla mnie rozgrzewającym i przepysznym duetem w sam raz (bo dlaczego nie?) do muffinek.

poniedziałek, 8 marca 2010

Sushi „Bo TAK!”, czyli bardzo kobieco...


Dzisiejszy dzień można określić jednym słowem – wyjątkowy. Dlaczego? Dlatego, że kobiety, które mają swoje święto, są stworzeniami nad wyraz nietypowymi. Przekonuję się o tym codziennie spędzając czas z samą sobą i analizując w domowym zaciszu moje enigmatyczne postępowania. Jak na przykład sushi, które nie do końca ma wiele z prawdziwym sushi wspólnego, poza tym, że najzwyczajniej w świecie chciałam je zjeść w takiej nie innej postaci. Własnoręcznej postaci. Gdy jednak zastanawiałam się nad sensem mojego uporu przy tejże potrawie (bo trzeba dodać, że mama przygotowała frytki, a frytek się nie odmawia), z radością stwierdziłam, iż mogę się z czystym sumieniem wytłumaczyć najcięższym i najbardziej skutecznym argumentem. Otóż miałam ochotę na domowe sushi i chciałam je zrobić właśnie dzisiaj BO TAK! Czyż jest coś bardziej kobiecego od tych subtelnych, choć stanowczych dwóch słów?


Sushi „Bo TAK!”

2 płaty alg nori
szklanka ryżu
200g paluszków surimi
kawałek zielonego ogórka
4 grzyby shitake
wasabi
sos sojowy
ocet ryżowy


Ryż dobrze wypłukałam, mieszając aż woda była przejrzysta. Zostawiłam na pół godziny w wodzie, po czym ostatni raz wypłukałam, zalałam wodą w proporcji mniej więcej 1:1 i gotowałam na małym ogniu przez 15 minut, często mieszając. W osobnym garnku podgrzałam 5 porządnych łyżek octu ryżowego i po szczypcie soli i cukru, po czym gdy cukier i sól się rozpuściły, wymieszałam całość z ryżem, pozostawiając go do ostygnięcia.
Z ogórka wycięłam miąższ i pokroiłam go w dość cienkie paski, tak samo jak namoczone wcześniej grzyby i surimi. Nie jestem szczęśliwą posiadaczka maty bambusowej, więc zawiązując buta dżdżownicą, kolejny raz dałam upust swej wyobraźni i na stole rozłożyłam mocno wykrochmaloną ścierkę. Na rozłożone algi nori nałożyłam cienką warstwę ryżu, zajmującą około 2/3 całego płatka. Na samym środku płachty ryżu układałam kolejno surimi, shitake i ogórka, po czym cienką warstwą wasabi wysmarowałam krawędź wodorostów (tą bez ryżu). Zrolowałam całość w dość komiczny sposób walcząc ze ściereczką i ostrym nożem pokroiłam na około 1,5cm kawałki. Do dwóch miseczek nalałam sosu sojowego z tym, że w jednej z nich zmieszałam go z odrobiną wasali, następnie rozdałam pałeczki i głowiłam się co zrobić z pozostałymi paluszkami surimi.
Przypomniał mi się wtedy przepyszny i niesamowicie prosty przepis na smażone kalmary, które szybko stały się moim ulubionym daniem. Postanowiłam więc ubrać w tą szatę surimi, co notabene okazało się być świetnym pomysłem.


Chrupiący „makaron” z surimi

paluszki surimi
garść grubej soli
trochę pieprzu
2 łyżki oliwy z oliwek


Oliwę rozgrzewam na teflonowej patelni (jakby się uprzeć to można też w woku – ale po co?...), a gdy jest już wystarczająco gorąca wrzucam na nie odpakowane i odsączone paluszki. Mieszam je drewnianą łyżką i pozwalam im się rozwarstwiać na cienkie paseczki. Gdy nabierają złocistego koloru odsączam je na papierowych ręcznikach, przekładam do miski i posypuję solą wraz z pieprzem. Prosto, pysznie i przyjemnie. Jest czas na pomalowanie sobie rzęs – bo tak…

wtorek, 2 marca 2010

Limonkowe muffiny z likierem bananowym i bułeczki z bitą śmietaną i truskawkami.



Trudno to nazwać wielkim powrotem. Wielkie powroty są bowiem następstwem nieobecności planowanych. Moja nieobecność nie dość, że była nieplanowana to jeszcze wiązała się z nieprzewidzianymi niemiłymi sytuacjami. Ponieważ jednak marudzenie nie należy do ostatnich trendów zachowań, oficjalnie kończę wysnuwanie gorzkich żali na łamach publicznych środków przekazu. Aby osłodzić i sobie i Wam kroplę goryczy początkującą mój wpis, pochwalę się dwoma nowościami, które wpadły mi w szufladę pomysłów, i które miałam przyjemność zrealizować.

Od kiedy Łasuch namiętnie pochłania kosmiczne ilości muffinów, coraz częściej staram się urozmaicać bogaty już i tak wachlarz ich smaków. Tak się przypadkiem zdarzyło, że dawno temu goszcząca u nas ciocia sprezentowała nam w powiewie belgijskiego rynku alkoholowego, tajemniczy likier koloru płynu do mycia naczyń. Trzeba przyznać, że początkowo podchodziłam do niego jak pies do… no właśnie, do płynu do mycia naczyń, jednakże szybko zacisnęłam pięści i zmyślą o tym, że do odważnych świat należy zalałam 50ml Pisanga (bo tak się to zielone nazywa) sokiem pomarańczowym. Tak, nastąpił przełom, choć nie oznacza to, że bez skrupułów zacznę sięgać po Ludwika, oj nie. Po prostu od razu znalazłam zastosowanie dla tego trunku i oto spłodziłam własnomyślnie ten oto przepis na limonkowe muffiny z bananową nutą:



- 75 g masła
- 250 g mąki
- 2 ½ łyżeczki proszku do pieczenia
- 75 g cukru
- skórka z 3 limonek
- 50 ml świeżo wyciśniętego soku limonkowego
- 100 ml mleka 3,2%
- 1 jajko

- 50 ml likieru Pisang Jabang


Składniki suche łączę ze sobą, składniki mokre poza jajkiem mieszam w osobnym pojemniku, jajko natomiast rozbrajam na żółtko, które ucieram i białko, które ze szczyptą soli ubijam na białą pianę. Wszystko niedbale mieszam widelcem i wylewam do poziomu ¾ foremek na muffiny (znalazłam w starociach). Piekę w 200 stopniach przez 25 – 30 minut i oto efekt:



Kolejnym słodkim wybrykiem stały się spontaniczne bułeczki z truskawkami i bitą śmietaną – mała rzecz, a cieszy:



3 szklanki mąki pszennej,

½ szklanki cukru

75 g masła,
1 szklanka mleka,

25 g drożdży,
szczypta soli,
2 jajka



Ciasto przygotować tak, jak najzwyklejsze ciasto drożdżowe, z tą różnicą, że po wyrośnięciu (na które potrzebuje ok. 40 minut) ciasto ponownie zagniatamy i na wysypanej mąką stolnicy formujemy bułeczki wielkości piłki tenisowej. Wsadzamy całość do nagrzanego do 220 stopni piekarnika na 10 – 15 minut, wyciągamy i zostawiamy do ostudzenia. Za ten czas ubijamy śmietankę kremówkę (30%) i myjemy truskawki wielkości arbuzów (nikt mi nie powie, że to naturalnie rosnące na krzaczku – w środku zimy). Przepoławiamy bułeczki, wkładamy do nich plasterki truskawek i obsmarowujemy suto bitą śmietaną. Żeby było jeszcze

bardziej słodko obsypujemy całość cukrem pudrem. Następnie wcinamy osmarowując sobie całą twarz i wsłuchując się w szum podnoszących się kącików ust w uśmiechu.

środa, 10 lutego 2010

International Pizza Day - pizza w trzech odsłonach.



International Pizza Day pełną parą ruszył w mojej wczorajszej kuchni. Ponieważ rzadko kiedy spędzam takie kulinarne akcje z moimi znajomymi, postanowiłam to zmienić i knułam niespodziankowy spisek, jednocześnie przygotowując ciasto:


4 szklanki mąki
1 ½ szklanki mleka
70g drożdży
łyżeczka cukru
2 łyżeczki soli
½ szklanki oliwy z oliwek


Tradycyjnie jak w cieście drożdżowym najpierw lekko podgrzałam mleko, rozpuszczając w nim drożdże i cukier. Gdy owa mikstura wyrosła połączyłam ją z mąką, solą i oliwą, zagniatając radośnie w wielką puchatą kulkę i odstawiając całość do wyrośnięcia.
Czas, w którym ciasto powiększało swoją objętość przeznaczyłam na przygotowanie dodatków dla trzech różnych pizzy:


Pizza z boczkiem i cebulą:
4 spore plastry wędzonego i parzonego boczku
2 duże cebule
łyżeczka mielonego kminku
15dag startego żółtego sera typu gouda
200ml śmietany (12%)
łyżka majonezu


Pizza z gyrosem:
1 duża pierś z kurczaka
4 liście kapusty pekińskiej
¼ ogórka sałatkowego
garść oliwek
spora kulka mozzarelli
4 ząbki czosnku
mieszanka przypraw (kolendra, chilli, gorczyca, słodka papryka w proszku, tymianek, oregano, rozmaryn, kurkuma, czarny pieprz)
łyżka majonezu
100ml wody
pieprz biały


Pizza dla Taty:
4 plastry szynki
kopiasta łyżka kukurydzy z puszki
2 plastry marynowanej papryki
1/2 cebuli
garść oliwek
pasta pomidorowa
łyżeczka oregano i bazylii
15dag żółtego sera typu gouda


Tak, wiem że trochę tego sporo, ale naprawdę chciałam przyłożyć się do Międzynarodowego Dnia Pizzy. Wyrosłe ciasto podzieliłam na trzy części. W pizzy z boczkiem i cebulą tytułowe składniki pokroiłam wedle swojego uznania, a na spód przygotowałam sos sporządzony ze śmietany, majonezu i kminku. Do nagrzanego na 200 stopni piekarnika wsadziłam ciasto na 20 minut, aż ładnie wyrosło, choć się nie zarumieniło. Wyjęłam je, wysmarowałam sosem, obłożyłam składnikami i posypałam startym serem. Ponownie wsadziłam do piekarnika, czekając aż ser się rozpuści, a brzegi przyrumienią.
W ten sam sposób postąpiłam z pozostałymi pizzami, jednakże w pizzy z gyrosem kurczaka pokroiłam w kawałki obsypując przyprawami i czosnkiem, po czym lekko go przysmażyłam na rozgrzanej oliwie. Następnie spód wyłożyłam kapustą, na górę nakładając pozostałe składniki i sos, który składał się z majonezu, wody i odłożonych wcześniej dwóch ząbków czosnku, a całość posypałam startą mozzarellą.
Jako że mój tato bacznie obserwował moje kuchenne poczynania, udało mi się zauważyć w jego oczach cień nadziei na dostanie kawałka z tych pyszności. Ponieważ jednak nic nie mówił, postanowiłam nagrodzić go za cierpliwość i sporządziłam specjalnie dla niego pizzę na najgrubszym ze wszystkich cieście, obłożoną jego ulubionymi składnikami. Podpieczony spód wysmarowałam pastą pomidorową i przyprószyłam oregano oraz bazylią. Szynkę pokroiłam w kosteczkę, tak samo jak i paprykę, oliwki natomiast poprzekrawałam jedynie na połówki a cebulę w cieniutkie pół-plasterki. Udekorowałam wszystko rozrzucając kukurydzę i posypując startym serem, wsadziłam do piekarnika do momentu rozpuszczenia się sera i przyglądałam się błyskowi w oku Taty, gdy dostał całość na wyłączność.
Naprawdę bardzo chciałabym pokazać Wam zdjęcia wszystkich moich wczorajszych osiągnięć, bo byłam z nich wyjątkowo dumna. Nie mogę tego jednak zrobić. Bynajmniej nie dlatego, że nie chcę, lecz dlatego, że gdy tylko dwie pierwsze pizze wyjęte były z pieca, popędziliśmy z Łasuchem do znajomych i w oka mgnieniu ślad po nich zaginął…

wtorek, 9 lutego 2010

Pomarańczowe muffiny wielkich gabarytów.


W moim przekonaniu gotowanie zawsze wiązało się z miłością, bowiem z miłości, chcemy czy nie, gotują wszyscy. Matki pieczołowicie wybierają najlepsze produkty dla swoich dzieci, kobiety z troską mieszają w garnkach dla swoich mężczyzn, a mężczyźni podejmują się morderczej walki z patelnią dla swoich kobiet. Gdy zapytacie kogokolwiek o najbardziej popularny sposób pokazania drugiej osobie, że nam na niej zależy, bez zastanowienia odpowie, że jest to przygotowanie kolacji, najlepiej takiej, która w swych składnikach zawierać będzie afrodyzjaki – jedzenie podsycające ogień pod kotłem romantyczności. Zastanawiając się nad moimi pobudkami do kucharzenia, zdziwiłam się gdy doszłam do wniosku, że nigdy nie opuszczało mnie przy tym poczucie miłości. Zarówno do swojej pasji, gotowania, jak i do jedzących, zazwyczaj bliskich mi osób. W tym i kilku następnych przepisach pragnę przedstawić Wam wybrane potrawy i wypieki, które towarzyszyły mi w mniej lub bardziej, ale zawsze romantycznych chwilach mojego życia.

Oj, znam ja dobrze Łasuchową słabość do słodkości, tych wszelkiej maści cukiereczków, czekoladek i przede wszystkim ciastek. Może to śmieszne, ale właśnie tą dziecięcą radością na widok kawałka ciasta urzeka mnie on najbardziej. Pewnego wieczoru, czekając aż się znowu spóźni tłumacząc się gęsto (co mam obowiązek wybaczać), postanowiłam narobić mu radości bez okazyjnie. Moje samoprzylepne macki dorwały podarowana mamie kiedyś książkę Nigelli Lawson – „Nigella gryzie”, a przepis na pomarańczowe muffiny śniadaniowe wydawał się być idealny. Nie byłabym jednak sobą gdybym nie wprowadziła do niego choćby maleńkich modyfikacji, zatem przedstawiam Wam mój przepis na wielkie pomarańczowe muffiny śniadaniowe:



- 75 g masła
- 250 g mąki
- 2 ½ łyżeczki proszku do pieczenia
- 75 g cukru

- szczypta cynamonu
- skórka z 1 pomarańczy
- 100 ml świeżo wyciśniętego soku pomarańczowego
- 100 ml mleka 3,2%
- 1 jajko



Masło roztopiłam zostawiając sobie niepełną łyżkę do wysmarowania foremek. Mąkę, proszek do pieczenia, cukier i cynamon wymieszałam dłonią w dość sporej misce, a w wysokim naczyniu utrzepałam jajko wraz z mlekiem i sokiem z pomarańczy. Zanim połączyłam składniki suche z mokrymi, starłam skórkę w chyba największej na świecie pomarańczy (bo w tajemnicy jestem prawdziwym pomarańczowym maniakiem) i połączyłam ją z suchą częścią ciasta. Zawartość wysokiego naczynia wylałam do miski, po czym niedbale zamieszałam całość, bo jak wiadomo przy przygotowaniu muffinów nie należy ich zbyt długo mieszać – dzięki nierównej konsystencji ciasta mają charakterystyczny muffinowy urok, tuż po upieczeniu.

Ponieważ nie jestem prawdziwą „Perfect Housewife”, nie posiadam rzeczy tak prozaicznej dla bogini kuchni, jaką jest forma do muffinów. Góralskim sposobem poradziłam sobie w tejże trudnej sytuacji i wysmarowałam masłem najmniejsze kokilki jakie miałam w zasięgu ręki, po czym uzupełniłam je do ¾ pojemności rzadkim ciastem. Do nagrzanego na 200 stopni piekarnika, włożyłam całe sześć kokilek z ciastem i pozostawiłam je samym sobie na 25-30 minut. Gdy zaczęły delikatnie pękać, a na wierzchu utworzyły się urocze kopczyki rudego ciasta wyjęłam całość i pozostawiłam na kilka chwil do ostudzenia.

Gdy Jego Majestat Łasuszyna zaszczycił mnie swoją obecnością po godzinnym spóźnieniu, nie pozostało mi nic innego jak obserwować jego trzęsące się z radości uszy i wśród mlasków krzepić swoją duszę posłyszanymi uwagami o pyszności pomarańczowych muffinów mojego wykonania.

środa, 3 lutego 2010

Brązowy ryż z warzywną paletą barw.


W rozpaczliwej tęsknocie za warzywami snułam się z kąta w kąt. Podczas tejże tułaczki po domowych salonach wpadły mi w ręce zdjęcia z serii „Ola 10 kilogramów temu”… Nie muszę chyba mówić, jak bardzo zasmucił mnie obecny stan rzeczy. Właściwie stan rzyci. Postanowiłam zatem ową rzyć nieco zmniejszyć, jednakże ujmować sobie pyszności na pewno nie dam rady – stanęłam więc przed ciężkim dylematem. Na nic mi wierzyć, że gdy ogłoszę dietę Łasuszyna się temu podporządkuje, bo chłop przecie jest od tego coby sobie dobrze pojeść i chwała mu za to. Musiałam stanąć na wysokości zadania oraz przestawić swoje kulinarne przyzwyczajenia, jednocześnie gotując smacznie i syto. Tak się świetnie składa, że zesłana jak z nieba moim gabarytom ivka76 uruchomiła akcję pod tytułem „Gotujemy na parze”, w której postanowiłam wziąć udział wraz z moim przepisem na brązowy ryż z warzywną paletą barw.


woreczek brązowego ryżu
paczka mrożonych brokułów
1 średnia marchewka
1 mała żółta papryka
kalarepka wielkości dorodnego jabłka
młoda cukinia
porządna garść kiełków fasoli


Przez 25 minut doglądałam gotującego się w lekko osolonej wodzie ryżu, jednocześnie rozkładając swoją piekielną machinę (czyt. wkładając wkładkę do dużego garnka) do gotowania na parze. Obraną i pokrojoną w paski kalarepkę gotowałam do miękkości w towarzystwie kosteczek z marchewki. W tym samym czasie pokrojoną paprykę i cukinię zgrillowałam na pół-miękko, z tej pierwszej ściągnąwszy przypieczoną skórkę. Najciężej o tej porze roku o świeże brokuły, a bez nich nie mogę się obejść, więc pozostało mi uciec się do mrożonek, które moim zdaniem nie tracą zbyt wiele na wartości pod względem walorów smakowych. Po wyciągnięciu kalarepki i marchewki, ugotowałam zielone korony na parze dosłownie przez 5 minut. Na samym dnie przeźroczystej miski zamieściłam ryż, nasączony sosem:


2 łyżki ciemnego sosu sojowego
mieszanka przypraw (kardamon, kumin rzymski, cynamon, goździki, gałka muszkatołowa)
łyżeczka octu winnego lub ryżowego
łyżeczka oliwy z oliwek


Składniki sosu dokładnie wymieszałam (ilość przypraw zależy od Waszego upodobania), mieszając całość z ryżem i przez 10 minut oczekując na ich wzajemne połączenie się. Następnie układałam warstwowo warzywa, począwszy od kalarepki, poprzez marchew, paprykę, cukinię i brokuły, a całość przysypałam zdrową porcją lekko kwaskowatych kiełków z fasoli.
Z czystym sumieniem mogę przyznać, że odniosłam sukces – Łasuch zadowolony, brzuszek pełen przez wiele godzin a rzyć krzyczy do zbyt ciasnych spodni sprzed lat, że już niedługo do nich wróci.